
21 października 2002 r. Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych wraz z Giełdą Papierów Wartościowych zorganizowała spotkanie dyskusyjne „Możliwości inwestycyjne na polskim rynku papierów wartościowych a proponowane zmiany w ustawie o funduszach emerytalnych”. W spotkaniu wzięli udział przedstawiciele Rządu, KNUiFE, Powszechnych Towarzystw Emerytalnych, Giełdy Papierów Wartościowych i innych instytucji rynku kapitałowego oraz niezależni eksperci. Dyskusja koncentrowała się wokół dwóch grup zagadnień: problemów regulacyjnych oraz stanu i perspektyw rynku kapitałowego w Polsce. Poniżej publikujemy wystąpienia uczestników. Teksty oparte są na zapisie stenograficznym.
Jak regulować rynek funduszy emerytalnych? Konkurencja w działalności
inwestycyjnej OFE.
|
Moderator dyskusji:
Prof. Lesław
Gajek - Uniwersytet Warszawski, Politechnika Łódzka
Prezentacje
wstępne:
Prof. Lesław
Gajek - Uniwersytet Warszawski, Politechnika Łódzka
Dr Paweł
Wojciechowski - Prezes Zarządu PTE Allianz Polska
Prof. Lesław
Gajek, Uniwersytet Warszawski, Politechnika Łódzka
Jest takie pojęcie w ekonomii finansów:
efektywny rynek finansowy. Żeby rynek finansowy był efektywny, muszą być
spełnione cztery postulaty. Po pierwsze, dostęp do pełnej i rzetelnej
informacji. Po drugie, producenci powinni mieć możliwość podejmowania
optymalnych decyzji. Po trzecie, również konsumenci powinni mieć możliwość
podejmowania optymalnych decyzji. I po czwarte, pojemność rynku powinna
być wystarczająca, tak, aby działały prawa ekonomiczne tych rynków. I
w tym kontekście chciałbym odnieść się do obecnej sytuacji funduszy
emerytalnych oraz do tego, co proponuje rząd w swojej nowelizacji ustawy
o organizacji i funkcjonowaniu otwartych funduszy emerytalnych. A więc po pierwsze, czy jest zapewniony dostęp
do rzetelnej informacji? Moim zdaniem takiego dostępu nie ma. Podstawową
informacją na temat rynku jest średnia stopa zwrotu rynku funduszy
emerytalnych, a ta średnia stopa zwrotu ma poważną wadę konstrukcji,
że zniekształca obraz rynku. Upraszczając nieco wygląda to tak: że jeżeli
jeden fundusz ma 100 zł i zarobił 25%, to ma 125 zł; drugi fundusz miał
na początku 125 zł., stracił 20%, ma więc 100 zł. Oba fundusze na
początku i na końcu miały tyle samo. W rzeczywistości rynek nic nie
zarobił i nic nie stracił. Stopa zwrotu jest zero. Natomiast zgodnie z
ustawą, do 25% dodaje się –20%, w rezultacie zostaje 5% dla rynku,
dzieli się to przez 2 i średnio każdy z funduszy zarobił 2,5%. Jest to
absurd, a przyjęte rozwiązanie ma tę własność, że rynek nigdy nie
jest w stanie osiągnąć średniej stopy zwrotu, jako całość, poza
jednym tylko wyjątkiem: jeżeli wszystkie fundusze mają dokładnie takie
same stopy zwrotu. Wyznaczono więc pewien horyzont, nieosiągalny z
powodu samej konstrukcji średniej stopy zwrotu. W rezultacie mamy
miernik, który zupełnie wypacza obraz rynku i niestety jest podstawą
dalszych mechanizmów, regulujących rynek funduszy emerytalnych. Czy klienci mają dostęp do rzetelnej informacji?
Moim zdaniem nie. Po pierwsze, jak już powiedziałem, obraz rynku jest
spaczony, po drugie, tak naprawdę bardzo ograniczona jest porównawcza
informacja o produktach. Podam przykład. Są dwa fundusze, jeden ma stałą
opłatę od składki, powiedzmy rzędu 4%. Drugi fundusz ma na początku
8%, po kilku latach schodzi do 2%. I to nie jest tak, że jeden z nich
jest lepszy, a drugi gorszy. To zależy od tego, z jakim klientem mamy do
czynienia. Strukturę opłat procentowych należy odnieść do obsługiwanego
strumienia pieniądza. Jeżeli klient ma stały strumień środków, to
pewne typy opłat będą dla niego korzystniejsze, a dla kogoś innego
lepsze są inne. Dzięki temu zróżnicowaniu fundusze mogą ze sobą
dodatkowo konkurować. Niestety, nikt tego czynnika nie bierze pod uwagę,
nikt nie robi takich analiz, nawet nadzór i nikt nie pokazuje, jaka jest
relacja między strukturą dochodów członka OFE, a opłacalnością
przechodzenia z jednego funduszu do drugiego. Możliwość podejmowania
optymalnej, racjonalnej decyzji prze klienta jest wobec tego ograniczona. Na to żeby rynek był efektywny, musi być pojemny, dlatego, że prędzej czy później dochodzi do sytuacji, w której decyzja o zakupie czy sprzedaży kształtuje cenę na tym rynku. W tej chwili mamy właśnie taką sytuację i już zaczyna się podejrzewać, czy wręcz twierdzić, że fundusze kształtują ceny na rynku. Ale co one mogą robić innego? Przecież fundusze nie mogą kupić gdzie indziej, one muszą kupić na tym rynku. Nie mogą w szerszym stopniu wyjść za granicę, w związku z czym ich wybór jest ograniczony: albo inwestycje w obligacje skarbu państwa, albo na rynku papierów wartościowych. Ktoś mógłby powiedzieć – niech więc inwestują więcej w obligacje – ale tworzy się wówczas bardzo drogi i chory mechanizm. Najpierw przesyłamy pieniądze z ZUS-u do funduszy emerytalnych, fundusze emerytalne kupują za te pieniądze obligacje, a skarb państwa ze sprzedaży tych obligacji finansuje ubytek składki w ZUS-ie. Tworzymy błędne koło, które dużo kosztuje, a przynosi niewiele dobrego. Rzecz w tym, aby inwestować nie w dług publiczny, a w gospodarkę, jednak aby było to możliwe, musi być podaż. Mamy w tej chwili niezrównoważony rynek i trudno sobie wyobrazić, by mogło się to szybko zmienić. Wobec tego dochodzimy do wniosku, że fundusze muszą inwestować poza rynkiem krajowym, albo należy otworzyć inne rynki, nawet w kraju, np. rynki obligacji firm. Ale okazuje się, że na rynku obligacji firm ryzyko funduszy emerytalnych jest większe, nawet w stosunku do ZUS-u. ZUS ma po prostu zagwarantowane znacznie lepsze możliwość dochodzenia wierzytelności niż OFE. Drugim powodem jest to, że w Polsce nie ma rozwiniętej sieci usług oceny ryzyka takich inwestycji. Trudno oczekiwać, żeby OFE, jako inwestor portfelowy, analizował szczegółowo wszystkie obligacje, jakie są na rynku. Powinny istnieć instytucje, które dokonują tych ratingów, oceniają ryzyko, dzięki czemu łatwiejsze byłoby inwestowanie jak również kontrola ryzyka. Nasuwa się wniosek, że rynek w Polsce nie jest efektywny właśnie dlatego, iż regulacje tego rynku nie sprzyjają efektywności. Na czym polegają propozycje zawarte w projekcie nowelizacji? Jeśli chodzi o średnią stopę zwrotu proponuje się, aby ograniczyć wagę funduszy, ale to nie rozwiązuje problemu. Nadal mamy zjawisko uciekającego przed całym rynkiem horyzontu. I rzecz w tym, że trzeba podać właściwy, prosty wzór na poprawną średnią stopę zwrotu. Jeżdżę po świecie i często mówię o polskich funduszach emerytalnych i proszę mi wierzyć, że kiedy referuję sposób w jaki mierzymy efektywność rynku, spotykam się z powszechnym zdumieniem. Nie sposób wytłumaczyć czemu wciąż trwamy przy złym wzorze, podczas gdy wzór prawidłowy jest powszechnie znany. Jeśli chodzi o inne mechanizmy, warto jeszcze zwrócić uwagę na mechanizm dopłaty, który w nowelizacji w ogóle nie jest poruszony, a który generuje zupełnie absurdalne zachowania członków OFE. Absurdem jest, żeby klient, który ma duże aktywa był zainteresowany przejściem do najgorszego funduszu, by dostać dopłatę. To z kolei przekłada się na wzrost nieprzewidywalnego ryzyka w funduszach emerytalnych. Można powiedzieć, że łatwo temu zaradzić, uzależniając wysokość dopłaty od stażu w funduszu, ale z punktu widzenia księgowego, to jeden koszmar. Potem się okaże, że kogoś nie policzyliśmy i wszystko trzeba przeliczyć od nowa, i każdemu oddawać po pół grosza. Taki mechanizm jest więc nieracjonalny i bardzo kosztowny. Problem należałoby rozwiązać już teraz, bo za kilka lat na pewno jego rozmiar wzrośnie. Jeśli chodzi o stymulowanie efektywności inwestycyjnej, w projekcie nowelizacji znalazły się pomysły interesujące. Problem w tym, że ich skutki są zupełnie niezbadane i nie wiemy, co naprawdę przyniosą. Tego typu zmiany, w gruncie rzeczy rewolucyjne, powinny być szczegółowo przebadane na symulacjach w perspektywie co najmniej kilkunastu lat, żeby dokładnie zorientować się jakie będą ich skutki zarówno dla OFE jak i dla rynku. I wreszcie problem informacji o produkcie. Niestety, nie widzę dobrych pomysłów, żeby ją poprawić. W tej chwili jest szczątkowa, a trend, żeby ujednolicić koszty budzi duży niepokój. To potencjalnie może być duże zagrożenie. Jeżeli dojdziemy do tego, że we wszystkich funduszach wszystkie koszty będą takie same, a poprzez złe mechanizmy oceny zmusimy je do stadnego inwestowania, co doprowadzi do takich samych stóp zwrotu, powstanie pytanie: po co to wszystko było? Po co dokonano podziału rynku, który kosztował miliardy złotych, skoro w efekcie wszyscy za te same pieniądze oferują to samo? I gdzie tu jest konkurencja, która miała być istotnym źródłem korzyści dla członków funduszy emerytalnych?
Dr Paweł
Wojciechowski, Prezes Zarządu PTE Allianz Polska
Mówiąc o konkurencyjności mamy czasami na myśli rynek kapitałowy. Tymczasem warto postawić pytanie w jakim środowisku działają fundusze emerytalne i co jest dla nich istotą konkurencji. Bez wątpienia konkurują o klienta, bowiem im więcej klientów, tym więcej przychodów, tym silniejsza pozycja, itd. A co decyduje o konkurencyjności? Tu można wymienić wiele czynników: liczbę podmiotów na rynku, ich siłę, konstrukcję samego rynku, charakter produktu i jego cechy, takie jak jakość i cena. I przede wszystkim regulacje prawne– tak bowiem dla zachowania bezpieczeństwa, został zaprojektowany przez państwo. Cechą tej regulacji powinna być skuteczność, to znaczy takie oddziaływane na mechanizmy rynkowe, by zwiększać efektywność konkurencyjności, bez uszczerbku dla bezpieczeństwa całego systemu. Konkurencyjność zależy również od liczby podmiotów i tu można spotkać się z różnymi ocenami obecnej sytuacji. Moim zdaniem, mimo pewnej koncentracji, jest to rynek w dalszym ciągu konkurencyjny; są inne rynki finansowe na których podmiotów jest mniej, a mimo to nikt nie wątpi, że działa na nich mechanizm konkurencji. Istotna jest nie tylko sama liczba podmiotów, ale również ich potencjał i zaplecze kapitałowe akcjonariuszy, od którego zależy realna zdolność do konkurowania. W związku z tym można powiedzieć, że jest to rynek wysoce konkurencyjny, ponieważ uczestniczą w nim największe instytucje finansowe. Profesor Gajek mówił o miarach efektywności konkurencyjności rynku. Jedną z nich jest informacja. Tu pozwolę sobie nie zgodzić się z panem profesorem. Fundusze emerytalne generują dużą ilość informacji. Natomiast problemem jest raczej to, jak są one przekazywane i interpretowane, i czy na przykład KNUiFE właściwie współdziała z mediami, aby te informacje, bez zniekształceń, docierały do społeczeństwa. Można oczywiście mówić, że informacja dotycząca stopy zwrotu, albo średniej ważonej stopy zwrotu, czy też minimalnej stopy zwrotu jest dla ogółu niezrozumiała. Ale to już problem przejrzystości tych pojęć, a nie dostępności informacji. Z punktu widzenia transakcyjnego, konkurujemy o klienta. Wydaje się że w tym wymiarze rynek jest stosunkowo konkurencyjny, niektórzy twierdzą nawet, że zbyt konkurencyjny i generuje dodatkowe koszty. Biorąc pod uwagę alokacyjną efektywności rynku, powstaje pytanie czy rzeczywiście wyniki inwestycyjne sprzedają produkt? Jednoznaczną odpowiedź jest trudna, ze względu na fakt, że obraz zaciemnia równoległa konkurencja cenowa pomiędzy funduszami. Powoduje ona, że nie można twierdzić, że o konkurencyjności decydują wyłącznie wyniki inwestycyjne. Analizując saldo transferów miedzy funduszami, można natomiast dostrzec jedyną wyraźną prawidłowość: zależność pomiędzy wynagrodzeniem akwizytorów, a liczbą przetransferowanych do funduszu członków. Przy czym zwracam uwagę, że fundusze, które miały najlepsze wyniki inwestycyjne, powyżej średniej ważonej, niekoniecznie mają najwyższe saldo transferów w ciągu trzech lat aktywności. Następne pytanie dotyczy produktu, jaki proponują otwarte fundusze emerytalne. Z punktu widzenia działalności inwestycyjnej, produktem jest sam wynik tej działalności. Na jego podstawie możemy oceniać albo osiągnięte wielkości, albo szerzej tzw. politykę inwestycyjną, która teoretycznie też powinna być konkurencyjna. Ale proszę zwrócić uwagę, że w rzeczywistości trudno mówić o agresywnej konkurencji pomiędzy politykami inwestycyjnymi różnych funduszy – odwrotnie, za sprawą obowiązujących regulacji prawnych są one raczej homogeniczne. Jeśli zaś chodzi o konkurencyjność obsługi
klienta, jestem zdania, że fundusze emerytalne nie mogą już wiele więcej
zrobić ponad to, co obecnie proponują. W tej dziedzinie konkurencyjność
jest bardzo wysoka. System opłat również jest konkurencyjny i nadal
taki pozostanie, zwłaszcza jeśli rozwiązane zostaną problemy z zaległościami
ZUS–u. Zwiększy to możliwości zmiany opłat na korzyść klienta, bo
przecież wysokość opłat jest ważnym elementem konkurowania między
funduszami. Jak oceniać wyniki inwestycyjne? W dużym stopniu zależy to od przyjętego benchmarku. Ważne, by do porównań stosować benchmarki obiektywne, poprawne metodologiczne i funkcjonujące również na innych cywilizowanych rynkach. Mogą być nimi inne fundusze o porównywalnej polityce inwestycyjnej, np. fundusze inwestycyjne zrównoważone. Można również posłużyć się syntetycznym benchmarkiem składającym się z portfela, np. 30-tu lub 25-ciu procent WIG-u 20 w jakimś okresie, plus na przykład jakiegoś indeksu obligacji. W tym celu można także jako benchmarku użyć wybranego wskaźnika gospodarczego. Istotny jest fakt, że we wszystkich tych porównaniach wyniki funduszy emerytalnych są bardzo dobre. Od dłuższego czasu obserwujemy stopniowo zbliżanie się wyników inwestycyjnych funduszy emerytalnych. Czy polityka inwestycyjna otwartych funduszy emerytalnych powinna być bardziej konkurencyjna? Moim zdaniem tak. Można by to osiągnąć poprzez stworzenie różnych funduszy, w wyraźnie zróżnicowanej polityce inwestycyjnej (nie mówię o strategii tylko o polityce inwestycyjnej). Pytanie tylko jak to zrobić, skoro w działalności inwestycyjnej obowiązują nas tak ściśle określone ustawą zapisy i limity. I nie chodzi tu tylko o oczywistą sprawę limitów inwestycyjnych i dostępności instrumentów inwestycyjnych. Ważne jest także istnienie mechanizmów, które powinny zarówno zwiększać konkurencyjność polityki inwestycyjnej różnych funduszy, jak i wpływać motywująco na zarządzających inwestycjami. Są trzy instrumenty, które motywują zarządzającego. Po pierwsze wynagrodzenie – uważam jednak, że wynagrodzenie ograniczające się wyłącznie do opłaty od zarządzania jest nieporozumieniem i trzeba rozpatrywać łącznie wynagrodzenia z tytułu opłaty od składki jak i z tytułu zarządzania aktywami. Drugim elementem jest kara, który obecnie funkcjonuje (uważam jednak, że jest to „kara” w cudzysłowie i zaraz wytłumaczę dlaczego) czyli mechanizm minimalnej wymaganej stopy zwrotu. I wreszcie – nagroda, choćby taka, jak rachunek premiowy, projektowany w nowelizacji ustawy. Pora wyjaśnić dlaczego wątpię w skuteczność mechanizmu minimalnej wymaganej stopy zwrotu, jako narzędzia efektywnie motywującego zarządzających. Wymienię kilka paradoksów, które z funkcjonalnego punktu widzenia pokazują, że mechanizm ten wcale nie powoduje skutków, jakich się po nim oczekuje, a więc wzrostu efektywności konkurencji pomiędzy politykami inwestycyjnymi funduszy emerytalnych. Ponieważ w licznych publikacjach i dyskusjach mówiono już o niektórych z tych paradoksów, więc je tylko przypomnę i częściowo rozwinę. Pierwsza i najważniejszy paradoks wynika z relatywności mechanizmu gwarancji, jakim jest minimalna wymagana stopa zwrotu do rynku, którego wyniki powinna gwarantować czyli do rynku OFE. Ponieważ przyjęty benchmark nie ma charakteru obiektywnego, w konsekwencji kary nakładane na najgorzej zarządzane fundusze również mają charakter relatywny. Co więcej, z samej konstrukcji minimalnej wymaganej stopy zwrotu wynika, że prawdopodobieństwo dopłaty dla dużych funduszy jest niższe, niż dla mniejszych. W związku z tym, tak naprawdę uprzywilejowuje ona te największe, kosztem mniejszych funduszy, co podważa logikę tego instrumentu kontroli. Paradoksem jest również to, że minimalna wymagana stopa zwrotu nie uwzględnia elementu ryzyka. Jest rzeczą naturalną, że większość klientów ma dużą awersję do ryzyka i chętnie w dzisiejszych czasach ograniczyłoby się do funduszu obligacji z bardzo niskim poziomem ryzyka inwestycyjnego. W praktyce widać zresztą w ostatnich trzech latach odpływ inwestorów z funduszy inwestycyjnych zrównoważonych akcyjnych do funduszy papierów dłużnych. Z analizy portfelowej wynika, że niektóre fundusze mają niższe ryzyko inwestycyjne niż inni, i być może powinny być w związku z tym przez inwestorów czy klientów preferowane. Czwarty paradoks to jest paradoks naśladownictwa dominujących funduszy, przez mniejsze fundusze emerytalne. Przeprowadzone symulacje pokazują, że próba skonstruowania portfela inwestycyjnego bardziej odbiegającego od portfeli funduszy dominujących, wiąże się z bardzo wyraźnym wzrostem ryzyka dopłat. Następny paradoks o którym już mówił profesor Gajek, to jest kwestia tzw. „załapywania się” w dopłaty, o czym dość obszernie pisał dr Otto, i fakt że podmiotem gwarancji nie jest indywidualny członek funduszu ale jest cały fundusz. W związku z tym konkretne osoby mogą przed dopłatą celowo zmieniać fundusz, uzyskać tę dopłatę, odnosząc konkretne korzyści, powodując jednocześnie negatywne konsekwencje dla funduszu, którego ryzyko dodatkowo rośnie. Dopłata prowadzi zresztą do zawyżenia wartości jednostki rozrachunkowej, zacierając obraz wyników inwestycyjnych funduszu, co również jest kolejnym paradoksem. Następny polega na tym, że duża zmienność wyników inwestycyjnych funduszu jest bardzo ryzykowna. Bezpieczniej jest utrzymywać się na średnim poziomie, niż na przykład raz być w pierwszej piątce funduszy emerytalnych, a potem spadać gdzieś na koniec, bo wówczas ta zmienność bardzo poważnie wpływa na bazę, która jest podstawą obliczania minimalnej wymaganej stopy zwrotu w przyszłości. Można oczywiście po kolei usuwać te paradoksy, a najważniejszy z nich moim zdaniem dotyczy relatywnego charakteru gwarancji, który powtórzę, odnosi się do samego rynku funduszy emerytalnych i powoduje, że gwarancja jest nieobiektywna. W związku z tym można zastanawiać się nad ograniczeniem uprzywilejowanej pozycji największych funduszy, zmieniając wagę ich udziału w obliczaniu średniej ważonej stopy zwrotu. Można wprowadzić jakieś miary z odchyleniami standardowymi, po to, by uwzględnić na przykład ryzyko inwestycyjne funduszy. Można rozważać możliwość wyliczania wysokości dopłat dla konkretnych osób, co sugerował profesor Gajek, ale moim zdaniem jest to trudne operacyjnie i mało skuteczne. Można wreszcie zastanowić się nad horyzontem czasowym, w którym oblicza się minimalne wymagane stopy zwrotu. Poza innymi negatywnymi skutkami, wynikającymi z paradoksów o których wspomniałem, częstotliwość pomiaru MWSZ i podawanie do publicznej wiadomości informacje, że kolejny fundusz musiał dokonać dopłaty, nie sprzyja zwiększaniu zaufania do systemu, wręcz przeciwnie, odbija się negatywnie na nastrojach członków ofe. Nasi klienci nie do końca wiedzą na czym polega mechanizm dopłat i na ile jest on właściwym mechanizmem gwarancji, natomiast sam fakt dopłat łatwo interpretuje się jako dowód niekompetencji zarządzających funduszami i a często również niesprawności systemu. Moim zdaniem, wszystkie cząstkowe zmiany sytuacje poprawią ale nie rozwiążą istoty problemu. Tkwi on w relatywnym charakterze tej gwarancji, osadzonej wyłącznie w rynku funduszy emerytalnych, a więc pozbawionej obiektywnego odniesienia. Spójrzmy teraz na drugi element oceny efektywności
inwestycyjnej – wynagrodzenie zarządzającego OFE. W kształcie w jakim
jest ono zaprojektowane w nowelizacji ustawy, poza przypadkami 3 funduszy
– AIG, ING NN i Generali, które będą miały zwiększone przychody z
tytułu wyższych opłat pobieranych od aktywów, wszystkie pozostałe
towarzystwa emerytalne tracą od 10 do 30% swoich przychodów w
perspektywie 20 lat. W przypadku tych trzech funduszy jest to oczywiście
wynik zniesienia limitu opłaty pobieranej od aktywów. Ponieważ odgórne
limitowanie przychodów towarzystw uzasadnia się możliwościami obniżenia
kosztów przez PTE, spójrzmy na koszty. Otóż na podstawie jednego,
dobrze mi znanego towarzystwa widać że koszty operacyjne w ostatnich 3
latach znacznie spadły, średnio o ponad 20% rocznie. Jednocześnie w tym
samych czasie udział kosztów systemowych, czyli tych wynikających bezpośrednio
z realizacji przepisów prawa i charakterystycznych tylko dla rynku
emerytalnego, wzrósł z ok. 20% do prawie 50% w tym roku! Oczywiście
tendencja ta dotyczy całego rynku – koszty działalności towarzystw
spadają, a udział procentowy kosztów systemowych wzrasta. Projekt nowelizacji przygotowany przez ministerstwo przewiduje wprowadzenie rachunku premiowego. Uważam, że sama koncepcja, by w systemie były nie tylko kary ale również i nagrody dla najlepiej zarządzanych fundusze, jest krokiem we właściwym kierunku. Niestety, znowu pojawia się szereg drobnych błędów, być może legislacyjnych, a być może były one zamierzone i w związku z tym trudno mówić o błędach. Chociażby fakt, że teoretycznie, w skrajnych warunkach obszar dopłaty może się częściowo nakładać się z obszarem premii. Paradoksalnie fundusz emerytalny może jednocześnie dopłacać i być premiowany. Inny paradoks zaproponowanego rozwiązania polega na tym, że spadek stopy zwrotu najgorszego funduszu będzie dodatkowo premiować pozostałe. Jeżeli zatem byłby taki fundusz, który, mówiąc brutalnie, można „zdołować” w wynikach inwestycyjnych, to wszystkim powinno na tym zależeć, bo wszystkie pozostałe fundusze mogą mieć dzięki temu znacznie lepsze wyniki inwestycyjne. Ta tendencja nasilałaby się, wraz ze zmniejszaniem się rozrzutu między stopami zwrotu. Jeśli pokażemy minimalną wymaganą stopę zwrotu na tle inflacji, to nasi klienci powinni już zupełnie stracić zaufanie do takiego mechanizmu gwarancji. Otóż przy wszystkich trzech dopłatach, inflacja zawsze była o kilka punktów procentowych powyżej minimalnej wymaganej stopy zwrotu, co oznacza, że z punktu widzenia klienta właśnie inflacja byłaby korzystniejsza niż MWSZ, bo powodowałaby wyższe dopłaty do stanu rachunków klientów. Może warto zastanowić się: skoro mamy rachunek premiowy oparty o inflację, może poszukiwanym przez nas benchmarkiem powinna być właśnie stopa inflacji? Nie forsuję tego rozwiązania, ale może warto rozważyć taką propozycję. Podsumowując chcę powiedzieć, że moim zdaniem rynek emerytalny jest konkurencyjny, bo właśnie został oparty na mechanizmie konkurencji. Gdyby było inaczej, to zapewniam, że poważne instytucje finansowe, obecnie na polskim rynku emerytalnym, nie angażowały by się w nasz publiczno–prywatny system. W dalszym ciągu uważam, że wiele rozwiązań wpływających na konkurencyjność, warto poprawić: zlikwidować minimalną stopę zwrotu lub zamienić na inną, zliberalizować limity inwestycyjne, usprawnić transfery, czy wreszcie ograniczyć zbędne koszty systemowe. I mam nadzieję, że nasze spotkanie ożywi dalszą dyskusję nad tymi problemami, choć oczywiście można powiedzieć, że projekt nowelizacji jest już gotowy, przechodzi do konsultacji sejmowych, które, jak wiadomo, zgodnie z nasza tradycją legislacyjną mają przewagę formalizmu prawnego nad analizami funkcjonalnymi czy empirycznymi. Mimo to opowiadam się za dalszą merytoryczną dyskusją. To powinny być debaty eksperckie, skoncentrowane na problemie funkcjonalności i skutecznych metodach pobudzenia konkurencji. Dlatego nie sądzę, by mogły to być debaty publiczne, zakładające na dodatek osiągnięcie jakiegoś konsensusu społecznego. Co więcej, uważam, że taka publiczna debata nie interesuje członków funduszy emerytalnych, gdyż z konieczności musi operować kategoriami dla nich niezrozumiałymi. Uważam, że pojęcia stopy zwrotu czy minimalnej stopy zwrotu, czy też kwestia gwarancji, o których w środowisku tak żywo debatujemy, dla znakomitej większości społeczeństwa nadal są kompletnie obce. I niestety, w dłuższej perspektywie czasu działa to przeciwko systemowi, gdyż brakuje w nim przejrzystości, brakuje jasno i przekonywująco określonych problemów, które powinny być przedmiotem zainteresowania członków funduszy, jak również niejasna jest kwestia gwarancji systemu. Ludzie nadal nie wiedzą, kto i co im zagwarantował, choć wiedzą że jakieś gwarancje mają. Ta sytuacja sprawia, że wielu członków funduszu czują się manipulowani a nawet oszukiwanych. Apelowałbym więc o próbę zmiany np. benchmarku i takie przemodelowanie mechanizmów motywacyjnych, żeby były bardziej zrozumiałe.. Wierzę głęboko, że jakość prawa zależy przede wszystkim od samego procesu jego tworzenia. Jeżeli proces tworzenia prawa będzie prawidłowy, to również jakość prawa będzie wyższa i będzie ono sprzyjać efektywnej regulacji – takiej, która podnosi efektywność ale bez naruszania mechanizmów rynkowych. Te mechanizmy, moim zdaniem w dalszym ciągu są mało zbadane na młodym rynku emerytalnym. I być może po raz kolejny znaleźliśmy się w sytuacji, w której rządowi brakuje wiary w mechanizmy rynkowe i zamiast je usprawniać, zastępuje odgórnymi regulacjami, które paradoksalnie właśnie tę konkurencje ograniczą. Prof. Marek Góra, Szkoła Główna Handlowa
Otwarte Fundusze Emerytalne są szczególnymi tworami finansowymi, ze względu na trzy cechy, które je odróżniają od innych instytucji finansowych na rynku. Warto aby ta specyfika nie umknęła nam z pola widzenia w trakcie dyskusji. Po pierwsze, to ekstremalnie długi horyzont czasu – liczy się nie to, co się będzie działo z moimi pieniędzmi nie za dwa, trzy czy pięć lat, tylko za dwadzieścia, trzydzieści czy czterdzieści lat, kiedy przejdę na emeryturę. Druga istotna cecha, to fakt, że są to instytucje powszechne, czyli że wszyscy uczestniczą. Jeżeli tak, to trzeba uważnie obserwować, czy wyniki nie zawierają w sobie pewnych elementów redystrybucyjnych i czy nie za bardzo skupiamy na nich uwagę. Może się tak zdarzyć, że różnego rodzaju instrumenty, które kupujemy dają wysokie stopy zwrotu ale tak naprawdę te stopy zwrotu są w jakiś sposób sztucznie zawyżane. Na przykład są te obligacje skarbowe, o których profesor Gajek mówił jako o nieszczęściu dla inwestycji funduszy emerytalnych. Jeżeli one są bardzo wysoko oprocentowane, to znaczy, że niestety my wszyscy jako podatnicy będziemy musieli w przyszłości zapłacić wyższe podatki, żeby nam wszystkim, jako członkom funduszy móc zwrócić pieniądze, które zostały włożone w formie naszych składek, powiększone o te bardzo wysokie stopy zwrotu. A więc to, że mamy do czynienia z systemem powszechnym, ma kolosalne znaczenie i myślę, że jest to jeden z najważniejszych elementów, który musimy brać pod uwagę, porównując fundusze emerytalne z innymi instytucjami rynku finansowego. Pan Paweł Wojciechowski proponował, aby wprowadzić dla funduszy emerytalnych zewnętrzny benchmark. Oznacza to jednak, że zawsze będzie to benchmark do instytucji, które nie są powszechne. W takim wypadku zakup obligacji rządowych jest korzystny. Grupa ludzi, która jest klientem instytucji, ma swój interes polegający na tym, żeby pieniądze, zainwestowane w obligacje maksymalnie się zwiększały, nawet jeśli jest to kosztem innych grup społeczeństwa. W przypadku funduszy emerytalnych nie jest to do końca prawda, a przynajmniej nie powinno tak być. Dlatego nie od dziś uważam i mocno to eksponuję, że obligacje skarbowe nie są właściwym instrumentem dla funduszy emerytalnych. Przede wszystkim dlatego, że system jest powszechny. Trzecia cecha, którą chciałem podkreślić, to fakt, że nie nastąpiła prywatyzacja ubezpieczeń społecznych, tylko do obsługi części systemu społecznego zostały zaproszone instytucje prywatne. I nie jest to tylko różnica semantyczna – to fundamentalna różnica jeśli chodzi o funkcjonowanie instytucji. Chcielibyśmy aby rynek usług emerytalnych był konkurencyjny, w związku z tym efektywny, czyli zapewniał optymalną alokację czynników produkcji, a rynki finansowe są świetnym pośrednikiem do zapewnienia tego celu. I to jest jedna strona. Druga strona, to kontekst społeczny. Chcemy, żeby ludzi jednak chronić i żeby istniała gwarancja minimalnej stopy zwrotu – jest ona tu najczęściej przypominana. Natomiast nie jest to jedyna gwarancja w systemie. Istnieje szereg innych, nad którymi też warto dyskutować. Ale ta pierwsza gwarancja budzi najwięcej wątpliwości, między innymi dlatego, że powoduje niekorzystne efekty. To jest niewątpliwe i chciałbym się tym problemem przez chwilę zająć. W moim rozumieniu gwarancja ta nie ma działać na co dzień. To nie jest tak, że instytucje finansowe jak dzieci w szkole maja się grzecznie zachowywać. To nie o to chodzi. Chodzi o to, aby było rozwiązanie na sytuacje ekstremalne, gdy ktoś naprawdę źle obchodzi się z pieniędzmi. Nie umie tego robić, albo robi to nieprofesjonalnie i w istotny sposób odchyla się od tego, co na rynku można wygenerować. W związku z tym nie myślę o sposobach jej poprawy od strony technicznej. Panowie Gajek i Wojciechowski skupili się nad poszukiwaniem takiej konstrukcji, która w sposób możliwie idealny pasowałaby do założeń. A moim zdaniem ta gwarancja powinna być możliwie luźna i nie powinna nikomu za bardzo dolegać, tak żeby te problemy i paradoksy, o których mówili moi przedmówcy, stały się właściwie mało dotkliwe, choć ważne i ciekawe. W związku z tym kary powinny pojawiać się rzadko. To o czym mówię, to zupełna zmiana filozofii myślenia o minimalnej stopie zwrotu. Jeśli zadamy pytanie, po co ona w ogóle jest i odpowiemy rzetelnie, to okaże się, że ta konstrukcja po prostu nie ma sensu. Z ekonomicznego i finansowego punktu widzenia jakakolwiek regulacja tego typu nie powinna istnieć. Można udowodnić, że cokolwiek byśmy wymyślili i jakie byłyby konkretne zapisy dotyczące regulacji, to zawsze będzie to prowadzić do paradoksów i do utraty efektywności rynku, większej, bądź mniejszej – ale zawsze taki efekt nastąpi. W związku z tym, gdybyśmy przyjęli wąsko ekonomiczny, czy wąsko finansowy punkt widzenia, powinniśmy zgodzić się, że rezygnujmy z tego, to jest niepotrzebne i szkodliwe. Jest to prawda, ale nie bierze ona pod uwagę szerszego kontekstu jakim jest fakt, że system emerytalny, włączając w to otwarte fundusze emerytalne, służy realizacji pewnego celu społecznego, w którym ludzie są zobowiązani do uczestnictwa w powszechnym systemie. A obowiązek musi dawać z drugiej strony jakąś gwarancję. Nie zmuszamy ludzi do uczestnictwa w czymś, co jest dla nich niekorzystne albo ryzykowne. Bardzo często podkreślam, że tak naprawdę minimalna stopa zwrotu pełni rolę psychologiczną. Powinna dawać ludziom poczucie, że pieniędzy, które wpłacają w formie składek do otwartych funduszy emerytalnych nie stracą i nie będą mieli stopy zwrotu rażąco niższej, niż w innych instytucjach finansowych. Natomiast nie chodzi o to, żeby co kwartał, czy mam nadzieję rzadziej, odbywać sąd i rozstrzeliwać tych, którzy się nie dopasują. Czyli wydłużmy czas, zmniejszmy częstotliwość liczenia, może rozszerzmy widełki, w których trzeba się zmieścić. I wtedy mamy sytuację, w której z jednej strony regulacja nie ogranicza efektywności rynku, z drugiej strony istnieje ciągle bezpieczeństwo psychologiczne, które ludziom jesteśmy winni w związku z tym, że ich zmuszamy do uczestnictwa w systemie powszechnym, czyli takim z którego nie mogą wyjść. Drugi problem wiąże się z relatywnością stopy zwrotu. Jeżeli ona już istnieje, to powstaje pytanie, czy powinna być relatywna, czyli odnosić się wyłącznie do rynku usług emerytalnych, czy też powinna być zewnętrzna, a zatem nie oddająca lub też oddająca tylko częściowo to, co na tym rynku się dzieje. Jestem zwolennikiem relatywnej stopy i relatywnego punktu odniesienia z prostego powodu – nie ma żadnej innej instytucji finansowej na rynku zarówno w Polsce jak i za granicą, która by miała podobne cechy jak otwarte fundusze emerytalne, o czym mówiłem na początku: ekstremalną długookresowość, powszechne uczestnictwo i realizację celu społecznego. Tak naprawdę nie ma się z kim czy z czym porównywać. Można to robić dla celów czysto technicznych i takie porównania z zewnętrznymi benchmarkami jest w pełni potrzebne. Ale nie można na tym opierać regulacji systemu, bo każdy benchmark będzie miał swoje wady. Może być lepszy albo gorszy, ale w końcu, tak samo jak przy minimalnej stopie zwrotu okaże się, że każdy benchmark będzie wpływał na zachowania tych, którzy potem mają się do niego dostosowywać, oraz że tak naprawdę mówi co innego, niż chcielibyśmy wiedzieć. A chcielibyśmy wiedzieć, jakie będą przyszłe emerytury. W związku z tym, gdyby rzeczywiście szukać porównań, to ja bym proponował symulacje, zakładające dotychczas osiągnięte wyniki funduszy emerytalnych, jak również strukturę opłat, albo istniejącą, albo taką, która jest zapowiadana w długiej perspektywie. Innymi słowy: ktoś wchodzi na rynek pracy, podejmuje pierwszą pracę, wpłaca składki i będzie dalej pracował czyli otrzymywał jakąś płacę zwiększającą się w tempie, jakie sobie założymy. W oparciu o takie dane można wyliczyć emeryturę i można porównywać fundusze, przy założeniu istniejącej struktury i istniejących wyników, pamiętając oczywiście, że wyniki jak i opłaty mogą się zmienić. Jest to jakiś punkt odniesienia i też nie najlepszy. Ale pokazuję go jako pewną alternatywę sposobu oceniania funduszy. Tak czy inaczej, chciałbym uniknąć oceny opartej na zewnętrznych wskaźnikach, gdyż fundusze emerytalne są wyjątkowo specyficznymi instytucjami. Druga sprawa z którą się nie zgadzam i pragnąłbym wywołać pewną dyskusję, to kwestia funduszy w których byłyby obligacje, dla zróżnicowania ryzyka uczestnictwa w funduszu. Gdyby przyjąć, że ten fundusz, nazwijmy go „bezpieczny”, czyli taki, który ma niskie krótkookresowe ryzyko, ma portfel zbudowany na obligacjach, ale nie rządowych, tylko albo korporacyjnych, albo komunalnych albo zagranicznych lub jakichkolwiek innych, to zgoda. Portfel obligacji skarbowych nie ma sensu z powodów, o których mówiłem wcześniej. Gdyby przyjąć takie rozumowanie, to można by w końcu dojść do wniosku, że najlepiej wrzucić wszystko do ZUS-u. ZUS tak naprawdę, chociaż tego nie pokazuje i tego nie widzimy na bieżąco, operuje obligacjami skarbowymi czyli jakimś rodzajem zobowiązań, które są indeksowane tempem wzrostu gospodarczego. Z takich obligacji więcej jak wzrost gospodarczy nie dostaniemy. Gdyby jednak było wystarczająco dużo obligacji korporacyjnych, żeby taki fundusz dało się zbudować, to zgoda. Twórzmy takie fundusze dla ludzi, którzy mają wielką awersję do ryzyka. Jednak jak długo nie mamy instrumentów, sprawa jest bezprzedmiotowa. A opieranie się na protezie, jaką są obligacje rządowe według mnie nie ma zupełnie sensu i wypacza sens systemu kapitałowego w którym, jak sama nazwa wskazuje, powinien być jakiś kapitał a nie przyszłe podatki. Z dwóch powodów za obligacjami rządowymi zawsze kryją się wyłącznie przyszłe podatki. Po pierwsze, rząd na ogół wydaje środki na bieżącą konsumpcję, w związku z tym nie można liczyć na żadne oszczędności, a nawet jeśli nie wyda, a w jakiś sposób zainwestuje, to i tak aby je ściągnąć i spłacić zadłużenie, będzie musiał posłużyć się podatkami. A ściąganie podatków tworząc zniekształcenia podatkowe, spowalnia wzrost gospodarczy i jest złem koniecznym. Jeśli tego nie musimy robić, to nie dodawajmy do tych zniekształceń powodów, dla których mogą się one zwiększyć, bo to dla gospodarki, czyli dla nas wszystkich będzie niekorzystne. Reasumując, najistotniejsza rzecz dotycząca regulacji, jaką chciałem przekazać, to przekonanie, że regulacje po prostu powinny być maksymalnie luźne. Czasami na początku stosuje się regulacje trochę bardziej restrykcyjne. System startuje, nie wiemy do końca jak się będzie sprawdzał, nie należy zbyt wiele ryzykować, szczególnie, gdy jest to system o charakterze tak masowym jak rynek funduszy emerytalnych. Natomiast, tak szybko jak tylko się da, regulacje trzeba łagodzić; te które się da – usuwać, a te które pełnią istotną rolę społeczną – zostawiać, ale w taki sposób, aby wpływając na rynek nie powodowały utraty efektywności tego rynku, spełniając rolę elementu bezpieczeństwa psychologicznego uczestników systemu. Krzysztof Pater, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki
Społecznej
Na początku chciałbym polemizować z profesorem Górą w kwestii obligacji korporacyjnych. Profesor w gruncie rzeczy proponuje, aby fundusze emerytalne jako nabywcy tych obligacji miały jakąś uprzywilejowana pozycję. Fundusze są uczestnikami rynku kapitałowego, tak jak inni inwestorzy instytucjonalni i funkcjonują na tym rynku na tych samych zasadach – ponoszą określone ryzyko inwestycyjne, podejmują decyzje, mając świadomość konsekwencji i nie można tworzyć regulacji, które dawałyby im sytuację uprzywilejowaną w stosunku do innych nabywców. Byłoby to nie do przyjęcia dla pozostałych inwestorów. W kwestii minimalnej wymaganej stopy zwrotu przypomnę, że w 1997 roku kiedy przyjmowano ten mechanizm, w zasadzie nie było nikogo, kto wierzyłby, że dojdzie do dopłat. Raczej obawiano się, że wyniki inwestycyjne poszczególnych funduszy będą tak podobne, że postawi to pod znakiem zapytania sens konkurencji. Dziś mamy za sobą kilka okresów rozliczeń, mamy za sobą dopłaty, a wyniki inwestycyjne poszczególnych funduszy są jednak zróżnicowane. Oczywiście znam osoby, które mówią, że za kilka lat to się zmieni ale zbyt wiele czynników wpływa na sytuację, aby ktokolwiek mógł z pełnym przekonaniem twierdzić, że wie, jak za trzy czy pięć lat będzie wyglądała sytuacja na rynku. Generalnie jestem przekonany, że system emerytalny jest rozwiązaniem wieczystym, który społeczeństwo zbyt wiele kosztował, jeśli uwzględnić wysiłek budżetowy, by go zmieniać czy się z niego wycofywać. Nie znaczy to jednak, że obowiązujące regulacje nie będą wymagały korekt. Myślę zresztą, że stopniowo będą one coraz mniejsze. Podobnie zresztą dzieje się w odniesieniu do innych elementów rynku finansowego, gdzie co pewien czas mamy do czynienia z nowelizacjami przepisów. Jest to normalne zjawisko, wynikające z faktu, że państwo ponosząc odpowiedzialność za przedsięwzięcie o charakterze przede wszystkim społecznym, musi raz na jakiś czas dokonać analizy i koniecznych poprawek. Proponowane w projekcie nowelizacji zmiany wywołały bardzo różne opinie. Z jednej strony, co jest rzeczą oczywistą, projekt jako całość nie spotkał się z radosnym przyjęciem powszechnych towarzystw emerytalnych. Ale równocześnie były prezes UNFE publicznie ogłosił, że ten projekt jest de facto realizacją postulatów tych samych towarzystw. Postawmy się teraz w sytuacji czytelnika gazet, który nie do końca wie o co chodzi w systemie funduszy emerytalnych ale w jakiś sposób się tym interesuje. Bez wątpienia będzie kompletnie zdezorientowany. Na koniec kwestia minimalnej wymaganej stopy zwrotu. W 1997 roku, podobnie jak dziś, też się zastanawialiśmy – „jak nie minimalna wymagana stopa zwrotu, to co”. Oczywiście, padała propozycja zdefiniowanego wskaźnika zewnętrznego. Ale pytanie kolejne – jakiego? No i tu już pojawiały się wątpliwości. Bo jeżeli jakiś hipotetyczny portfel 30% do 70%, to czego? I dlaczego akurat 30 do 70-ciu, a nie np. 65 do 35-ciu? Jak długo tego typu wskaźnik byłby wskaźnikiem stabilnym? Przecież za kilka lat spodziewamy się zupełnie innej rzeczywistości, którą można nazwać rzeczywistością unijną. Może więc WIG? A dlaczego WIG? Wskaźniki bardziej stabilne, czyli inflacja, to oczywiście ryzyko graniczące z pewnością, że cała polityka inwestycyjna wszystkich funduszy emerytalnych zostanie podporządkowana osiągnięciu tego wskaźnika. Wówczas pojawiało się kolejne pytanie: to po co cały drugi filar, skoro wszyscy zaczynają inwestować do wskaźnika narzuconego zewnętrznie? W takim razie, być może w ogóle zlikwidować ten filar, oddając prywatnym podmiotom inwestowanie w papiery inne niż skarbu państwa. I w ten sposób, zadając kolejne pytania zaczęlibyśmy stawiać pod znakiem zapytania funkcję drugiego filaru. A przecież przypomnę: głównym celem było stworzenie rozwiązań, które doprowadzą do sytuacji, w której konkurujące ze sobą w płaszczyźnie inwestycyjnej podmioty, w długim okresie czasu przyniosą wyniki lepsze z punktu widzenia członków funduszy, niż gdyby zajmował się tym jakiś jeden centralny fundusz. To było podstawowe założenie i ono obowiązuje tak długo jak długo wierzymy, że jest realizowalne. Musze również poruszyć kwestię limitów inwestycji zagranicznych. Przypomnę, że proponujemy modyfikację podejścia do inwestycji zagranicznych, ale chcemy ją przeprowadzić w sposób, który nie wywoła burzy w parlamencie i zarzutów „wywiozą nasze pieniądze emerytalne za granicę”. Do tego potrzebny jest odpowiedni klimat i ten klimat z punktu widzenia rządu jest również istotny dla referendum unijnego. O współudział w tworzeniu tego klimatu apeluję do wszystkich środowisk związanych z szeroko rozumianym sektorem finansowym oraz również mediów. Sądzę, że aktywizacji wymagają także środowiska akademickie, nawet te, które związane z fundamentalnymi przeciwnikami rozszerzenia inwestycji zagranicznych. Nie ma sensu po raz trzydziesty przekonywać przekonanych. Tutaj szukać nowej jakości, by dotrzeć do osób, które wątpią w celowość takich rozwiązań i mówić do nich ustami akceptowanych autorytetów
prof. Lesław Gajek, Uniwersytet Warszawski, Politechnika Łódzka
Pan minister Pater powiedział dwie bardzo ważne
rzeczy. Pierwsza dotyczy inwestycji zagranicznych i tego, że jest wola,
żeby możliwości tych inwestycji otworzyć. To jest niezwykle istotne i
podam jeden argument, który bardzo rzadko pada. Chodzi
mianowicie o to, że rynek w takiej sytuacji w jakiej dziś
funkcjonuje, stwarza możliwość czegoś, co w ekonomii finansów nazywa
się arbitrażem, to znaczy zarabiania pieniędzy za nic. Te pieniądze
zarabiają instytucje zagraniczne, które odsprzedają po zawyżonych
kursach akcje Druga ważna informacja, którą tutaj usłyszałem, to zapowiedź zracjonalizowania średniej stopę zwrotu, tak, żeby to był wskaźnik, który pokazuje zachowanie rynku, a nie jakąś fikcję – uciekający horyzont, niemożliwy do osiągnięcia przez fundusze jako całość. To jest naprawdę elementarny błąd popełniany we wzorach i można go łatwo naprawić. Natomiast co do innych spraw, byłbym bardziej polemiczny. Jeśli chodzi o ustalenie benchmarku, to tak naprawdę długoterminowo benchmarkiem jest wzrost gospodarczy naszej gospodarki, czy też gospodarki światowej, jeśli jest możliwość inwestycji zagranicznych. I to jest czynnik, który kreuje faktyczną wartość aktywów. Wszystko inne to są działania operacyjne. Trzeba stworzyć mechanizmy, żeby fundusze chciały uzyskiwać co najmniej taki wynik i żeby były za to premiowane, a nie karane za dość przypadkowe odchylenia w wynikach inwestycyjnych, co już podnosił Marek Góra. Tak naprawdę powinno się wychwytywać złe trendy, które są związane ze złym sposobem zarządzania, a nie przypadkową fluktuację rynku czy wyników danego funduszu. Są do tego metody statystyczne, a ich konstrukcja opiera się o mierniki, które są inne, niż połowa średniej stopy zwrotu. Połowa średniej stopy zwrotu w ogóle nie mierzy żadnej fluktuacji. To jest po prostu jakiś wymyślony kiedyś benchmark i nic ponad to. Co gorsza, on w ogóle nie uwzględnia tego, że wszystko zmienia się w czasie. Inwestycje czasami rosną, czasami maleją i jest to zjawisko naturalne, wynikające z fluktuacji rynku i gospodarki jako całości, czyli z cyklów koniunkturalnych w tej gospodarce. Tego się w ogóle nie uwzględnia w tym mierniku. I jeżeli już trzymać się minimalnej wymaganej stopy zwrotu, to należałoby koniecznie to zmienić, np. poprzez jakieś odchylenie standardowe wyników rynku, wyników funduszy czy czegoś podobnego. Wtedy taki miernik rzeczywiście służyłby do tego, aby wychwycić fundusz, który nieprzypadkowo uzyskał gorsze wyniki. Natomiast wydłużanie okresu mierzenia średniej stopy zwrotu, jest mieczem obosiecznym, bo z jednej strony powoduje, że wynik jest bardziej stabilny i trudniej jest spaść poniżej tej stopy zwrotu, natomiast jak się już spadnie poniżej wymaganej stopy zwrotu, to niestety na dłużej. Trzeba długo pracować na to, żeby trzyletnią stopę zwrotu poprawić. Można się spodziewać, że dopłaty będą głębsze, dłużej trwające. Zalecam więc ostrożność. Tak naprawdę należało by uwzględnić zmienność rynków finansowych i cykle koniunkturalne w gospodarce i dopiero na tym tle zbudować prawidłowy wskaźnik, biorąc pod uwagę oczywiście długość okresu mierzenia średniej stopy zwrotu. Nie jest to takie proste. Dlatego uważam, że należałoby zachować bardzo dużą wstrzemięźliwość przy zmianach, ponieważ stosunkowo łatwo je wprowadzić, natomiast konsekwencje będą widoczne w praktyce po dłuższym czasie. W tej chwili mogą się tym zająć eksperci, żeby na symulacjach i badaniach rynku ocenili, jakie będą skutki zmian. Przy zmianie tego typu przepisów należy kierować się dużą ostrożnością ze względu na wydźwięk społeczny. To, że ciągle coś się poprawia w przepisach, stwarza negatywne wrażenie, że bez przerwy coś źle działa, że to jest zły mechanizm, że został źle zaprojektowany. Natomiast z pozytywami bardzo trudno się przebić. A przecież tak naprawdę nic dramatycznego na rynku się nie dzieje i pośpiech nie jest konieczny. Możemy to wszystko jeszcze dobrze przemyśleć.
Dr Paweł Wojciechowski, Prezes Zarządu PTE Allianz Polska
Chciałbym odnieść się do opinii pana profesora Góry, który powiedział, że właściwie każdy benchmark jest zły. Zgadzam się z tą oceną, ale to oznacza, że trzeba szukać mniejszego zła. W moim osobistym przekonaniu, „mniejszym złem” jest taki benchmark, który będzie sprzyjał konkurencyjności i efektywności, dzięki czemu podmioty w długim okresie czasu będą generowały większe korzyści dla członków funduszy. Sądzę, że w związku z paradoksami o których wcześniej mówiłem, zewnętrzny benchmark właśnie to kryterium spełnia. Dzięki niemu unikniemy tych paradoksów, które wynikają wprost z wewnętrznego, ograniczonego jedynie do rynku funduszy emerytalnych, charakteru obecnie obowiązującej minimalnej wymaganej stopy zwrotu. Druga teza pana profesora to postulat, aby minimalna wymagana stopa zwrotu pełniła rolę kary raczej psychologicznej i była stosunkowo mało uciążliwa. Niestety praktyka pokazuje, że jest zupełnie inaczej. Zależy więc w jakich kategoriach będziemy traktować punkt odniesienia tej uciążliwości. Dodatkową zaletą zewnętrznego benchmarku jest jego prostota. Uważam, że jeżeli tworzymy bezpieczny system i chcemy powiedzieć członkom funduszy „jesteście bezpieczni w tym systemie”, to skutecznym argumentem umacniającym poczucie bezpieczeństwa byłoby powiedzenia tak: „gwarantujemy wam wartość zgromadzonych kapitałów, zgromadzonych środków, brak utraty realnej wartości waszych pieniędzy”. Jestem przekonany, że taką deklarację zrozumieliby wszyscy. Zamiast tego mamy: minimalną, średnią, w takiej, czy w innej formule i nikt tego nie rozumie. Prostota rozwiązań sprzyja nie tylko konkurencyjności, ale również poczuciu bezpieczeństwa. Rzeczywiście, gdyby benchmarkiem była np. inflacja, to mielibyśmy kłopot i może nawet kilka funduszy by dopłacało, bo inflacja przekracza minimalną stopę zwrotu. Więc argument uciążliwości rzeczywiście byłby tutaj zasadny. Istotne jest, że by społeczne skutki regulacji były czytelne. To zależy od tego, czy regulacja jest spójna, przejrzysta i zrozumiała oraz możliwa do wykonania, przez objęte nią podmioty. Tutaj nawiążę do tezy pana profesora Góry i powiem, że nie jestem zwolennikiem tego, by mówić, iż „innego benchmarku nie ma, bo nikt nie zaproponował lepszego”. Najpierw trzeba przedyskutować czy warto zmienić benchmark. Potem można zastanowić się, w jakim kierunku szukać najlepszego rozwiązania. To wymaga prac eksperckich, a ostateczna propozycja powinna być wszechstronnie sprawdzona i umotywowana. Tym samym nie można jej zrobić teraz, przy obecnej nowelizacji.
Prof. Marek Góra, Szkoła Główna Handlowa
Dyskusja ciekawie się toczy i dobrze, że mamy różnice zdań, bo to pozwoli nam głębiej przeanalizować problem. Chciałbym oddzielić dwie sprawy. Jedną jest porównywanie w celach informacyjnych, a drugą po to, by ewentualnie kogoś karać lub nagradzać. I tak długo, jak mówimy o informacji, akceptuję właściwie wszystkie benchmarki. Można stworzyć całą listę i to nie musi być jeden benchmark: tempo wzrostu gospodarczego, stopa inflacji, wyniki podobnych, choć nie takich samych instytucji, wyniki, jakie można by było uzyskać na innych rynkach itd. Wszystko to są różnego rodzaju punkty odniesienia, które w sumie dadzą możliwie najpełniejszy obraz tego, czy nasze pieniądze są dobrze zarządzane. I to jest właśnie kwestia informacji. Druga sprawa to to nieszczęsne karanie i nagradzanie, którego jestem generalnie przeciwnikiem. W systemie emerytalnym nie o to chodzi, by ktokolwiek w ogóle dopłacał. Ta dopłata jest rodzajem bicza, który ma zadziałać dopiero na samym końcu. Normalnie powinno się obywać bez żadnych nagród i kar, które, zgadzam się, ingerują w strukturę konkurencji na rynku. Wolałbym, żeby to było po prostu normalne funkcjonowanie rynku, bez żadnych regulacji w tej dziedzinie. Załóżmy, że nie ma żadnych regulacji.
Zaczynamy analizować rynek, i zastanawiamy się, jak on by się ukształtował.
Teraz nakładamy na to regulacje, które mają nas tylko uchronić przed
tym, żeby tak właśnie ukształtowany rynek nie uległ jakimś
wynaturzeniom. Natomiast, jeżeli wszystko toczy się normalnie, to żadne
regulacje nie działają. To jest trochę inne podejście do całości
zagadnienia, która absolutnie nie neguje faktu, że każdy benchmark jaki
byśmy przyjęli do tego celu powinien być dobry. W związku z tym to
wszystko, co powiedzieli koledzy w panelu jest słuszne i głęboko się z
nimi zgadzam. Ja chciałbym do tego dołożyć jeszcze rozluźnienie tych
regulacji po to, by były nieuciążliwe. I tutaj uwaga: nie twierdziłem,
że minimalna stopa zwrotu jest teraz nieuciążliwa, tylko powinna być
tak skonstruowana, żeby być nieuciążliwą. Jej uciążliwość jest
powodem, aby ją natychmiast złagodzić Krzysztof Pater, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki
Społecznej
Ponieważ problem stopy zwrotu zdominował dyskusję, warto sięgnąć do przeszłości i przypomnieć, że wtedy, kiedy wprowadzano drugi filar pojawiało się wiele obaw. Z punktu widzenia transformacji systemu emerytalnego to była rewolucja. W związku z tym podstawowym pytaniem jakie się pojawiało, to była kwestia gwarancji państwa, że powszechne towarzystwa nie będą inwestowały w sposób, który przyniesie znacznie gorsze efekty, niż pozostawienie tych środków w ZUS-ie. Gdy zaczęto myśleć o takich gwarancjach, oczywistym było, że muszą one odnosić się do wyników inwestycyjnych mieszczących się w granicach przyzwoityści. Wtedy dokonaliśmy wyboru, że nie będzie to jakiś zewnętrzny wskaźnik, określający wzorzec postępowania PTE, ale relatywna stopa zwrotu. Oczywiście powstało pytanie, gdzie jest ta granica przyzwoitości? Doświadczenia były małe, bo tylko z Ameryki Południowej, gdzie używano parametru 30% i 50%. Przyjęliśmy wskaźnik 50% i prawdą jest, że to tylko wskaźnik. W życiu mamy jednak wiele różnych wskaźników, które są pewnego typu uśrednieniem, np. dla wszystkich samochodów jest jednakowe ograniczenia prędkości w terenie zabudowanym i nikt nie przyjmuje, że różną są drogi hamowania i inne parametry techniczne. Na koniec było zawsze pytanie: a co nam gwarantuje państwo? Jeżeli mówimy o gwarancjach państwa, to one są nie tylko na papierze, ale trzeba zakładać, że w jakimś momencie trzeba będzie je zrealizować. Gdyby zastosować inne parametry, np. inflację, to ten problem też by wracał. I myślę, że poziom ryzyka finansowego byłby podobny. Dyskusja na ten temat toczy się od roku i dlatego zdecydowaliśmy się na dosyć istotną zmianę. W listopadzie ubiegłego roku minister Hausner mówił, że my mamy do czynienia z kryzysem zaufania do drugiego filaru. I warto przypomnieć, jakie postulaty pod adresem drugiego filara padały. Choćby ten, aby umożliwić osobom , które wybrały uczestnictwo w drugim filarze powrót do pierwszego filara w całości. Ale też padały z różnych stron propozycje, aby drugi fular przekształcić w system dobrowolny. To są realia. Możemy się z tym nie zgadzać, możemy twierdzić, że ci, którzy te postulaty zgłaszają często nie za bardzo wiedzą, o czym mówią. Ale to jest rzeczywistość. I trzeba to brać również pod uwagę Prof. Lesław Gajek, Uniwersytet Warszawski, Politechnika Łódzka
|
Rynek kapitałowy z perspektywy
funduszy emerytalnych – jak uczynić rynek głębokim?
|
Moderator
dyskusji:
Prof.
Marek Góra - Szkoła Główna Handlowa
Prezentacje
wstępne:
Piotr
Kamiński - Wiceprezes Zarządu, Giełda Papierów Wartościowych w
Warszawie
Adam
Chełchowski - Członek Zarządu, Credit Suisse & Life
PTE S.A.
Prof. Marek Góra, Szkoła Główna Handlowa
Pierwsza część naszego spotkania poświęcona była problemom regulacji na rynku funduszy emerytalnych. W praktyce zagadnienia regulacji ściśle splatają się z zagadnieniami inwestycyjnymi. Na użytek dyskusji, która jest przed nami zależy nam jednak, aby rozgraniczyć dwie płaszczyzny: regulacyjną i inwestycyjną, ponieważ to w gruncie rzeczy są dwie różne kwestie. Regulacje mogą sprzyjać, a częściej niestety przeszkadzać w inwestowaniu. Natomiast tak czy inaczej inwestowanie jest problemem, który warto przedyskutować i zastanowić się które z możliwości inwestycyjnych zostały dobrze skonstruowane, czy limity inwestycyjne nie ograniczają nadmiernie dostępu do nich, czy są one bezpieczne i odpowiednio opłacalne. Słowem, pojawia się szereg pytań niezwykle istotnych dla efektywości drugiego filaru systemy emerytalnego Adam Chełchowski, Członek Zarządu Credit Suisse & Life PTE S.A.
Proponuję, by zacząć od pytania, czy właściwym jest mówienie o
jednym dla wszystkich funduszy portfelu inwestycyjnym. Nie wydaje mi się,
by było to sensowne rozwiązanie. W funduszu emerytalnym mogą być zarówno
osoby, którym do emerytury zostało trzy lata i mają zgromadzony jakiś
kapitał, który w tym momencie trzeba przede wszystkim chronić, a nie myśleć
o jego mnożeniu. Mogą być też osoby, które mają lat 20 i przed sobą
czterdzieści kilka lat inwestowania. Lokowanie ich w funduszu, który ma
jedną strategię inwestycyjną nie jest dobrym rozwiązaniem. Proponuję
podział na trzy horyzonty czasowe: 10 lat, 10-25 lat Skupiłbym się na warunkach, które powinien spełniać portfel funduszu emerytalnego dla ludzi, którzy mają oszczędzać w nim kilkadziesiąt lat. Pierwszym warunkiem jest bezpieczeństwo. W związku z tym portfel powinien być zdywersyfikowany, a stopa zwrotu nie może w pełni zależeć od jednego sektora czy jednego rynku geograficznego. Portfel musi być płynny, ponieważ w pewnym momencie aktywa trzeba będzie spieniężyć. Nie można zadowolić się stopą zwrotu, która jest skonstruowana w oparciu o waluację wyceny na którymś rynku, ponieważ trendy demograficzne bezlitośnie pokazują, że za dwadzieścia parę, trzydzieści lat aktywa trzeba będzie po prostu sprzedawać, więc ceny muszą być prawdziwe, możliwe do osiągnięcia i to przy sprzedaży pakietów. Kwestia efektywności w długim horyzoncie, a nie w krótkim powinno się maksymalizować długoterminową stopę zwrotu. Nawet z pewnymi krótkookresowymi kosztami, jeżeli taka jest natura projektu i wymaga inwestowania przez kilka lat. W przypadku funduszu emerytalnego maksymalizuje się długoterminową stopę zwrotu, a nie krótką. Podstawowym problemem jest dywersyfikacja sektorowa. Oczywiście, sytuacją najkorzystniejszą było by posiadanie w portfelu takich instrumentów określonych sektorów gospodarki, które, gdy PKB rośnie, rosną wraz z nim. I tu mamy problem, ponieważ w związku ze zjawiskiem globalizacji wiele sektorów nie jest notowanych na lokalnych rynkach kapitałowych i nigdy już nie będzie. To są korporacje ponadnarodowe, one mają swoje macierzyste rynki, w Stanach Zjednoczonych, czy gdzieś indziej. W konsekwencji na lokalnym rynku, czy to polskim, czy belgijskim, czy jakimkolwiek innym trudno jest odtworzyć w portfelu sektorową strukturę gospodarki. Przydałby się więc dostęp do międzynarodowych rynków kapitałowych, bo na lokalnym rynku nie będziemy tego w stanie zrealizować. Tu jako przykład można podać lata 95 – 97, gdy w Polsce był dosyć wysoki wzrost PKB, a w wynikach finansowych spółek notowanych na giełdzie, obejmujących pewien wycinek gospodarki, tego wzrostu nie było widać. Brak możliwości dywersyfikacji geograficznej powoduje z kolei inne niekorzystne zjawisko. Ponieważ fundusze emerytalne stały się znaczącym graczem na polskim rynku, pewne wyceny są moim zdaniem zbyt wysokie. Na innych rynkach można znaleźć spółki podobne, albo nawet większe, o bardziej zdywersyfikowanej sprzedaży, z tych samych sektorów, które są wycenione niżej. Ponieważ nie mamy możliwości inwestowania na obcych rynkach, istnieje ryzyko, że z dwóch inwestycji podobnych, ze względu na bariery prawno – regulacyjne, będziemy musieli wybierać tę droższą i mniej bezpieczną. Jest to szczególnie niebezpieczne w długim horyzoncie, ponieważ nie dotyczy zjawisk rocznych, dwu- czy trzyletnich. To będzie wieloletni proces dokonywania przymusowych, gorszych wyborów i przewartościowywania wycen, w okresie stałego dopływu kapitału z funduszy emerytalnych. Później nastąpi długi okres odpływu tego kapitału przy spieniężaniu aktywów na wypłaty emerytur. Obawiam się, że właśnie w tym momencie może prysnąć pewna iluzja dobrych wycen i zadawalających stóp stopy zwrotu, ponieważ nie jest wykluczone, że sprzedaż tych aktywów będzie po niższych cenach, a w związku z tym emerytury niższe. Uważam więc, że ryzyko powstania takiego systemowego bąbla spekulacyjnego trzeba koniecznie rozładować, poprzez zwiększenie dostępu do zagranicznych rynków. Dobrym przykładem niebezpieczeństwa o którym mówię jest Grecja przed wejściem do Unii, a my akurat jesteśmy na podobnym etapie. Nie jest wykluczone, że pojawią się u nas jakieś fundusze, specjalizujące się w inwestowaniu w krajach, gdzie następuje zjawisko konwergencji – w Grecji też nie było nowych projektów, nowych spółek i we wrześniu doszli do absurdalnych poziomów. Przy inwestowaniu środków funduszy emerytalnych istotne jest również dostosowanie sposób wynagradzania zarządzających za osiągnięte wyniki. Tu dobrym przykładem są fundusze venture capital, gdzie przyjmuje się horyzont dziesięcioletni i za zarządzanie płaci się na koniec na podstawie wyników faktycznie wypracowanych. Inwestora, który ma horyzont 10 lat nie interesuje, co się stało w ciągu kwartału, dwóch kwartałów czy trzech. My mamy akurat do czynienia z nieco innym systemem, ale to, czy w tym kwartale jest tyle, czy tyle, wydaje mi się nieporozumieniem – nieporozumieniem o tyle groźnym, że powoduje deformacje strategii inwestycyjnej. Jeżeli kogoś się wynagradza i karze za krótki horyzont, to jego zainteresowanie długoterminowymi projektami jest siłą rzeczy niższe, ze szkodą, jak myślę, dla wysokości emerytur i osiągniętych stóp zwrotu. Spróbujmy się przyjrzeć krajowemu rynkowi finansowemu i zastanowić się, dlaczego z punktu widzenia funduszy emerytalnych jest tak płytki. Tu występuje kilka zjawisk, niektóre na pierwszy rzut oka paradoksalne. Zacznijmy od skarbu państwa, gdzie poważnych prywatyzacja nie widać i przez kilka lat inwestycji funduszy emerytalnych nie doczekaliśmy się jakichś interesujących projektów. Klasyczne niedopasowanie popytu i podaży – można otworzyć podręcznik do ekonomii na samym początku i przeczytać jak przesuwa się cena, gdy jest popyt, a nie ma podaży. Wyraźnie widać brak kompleksowego podejścia do rynku w sytuacji, gdy nie wszystko jeszcze w kraju jest sprywatyzowane i można by dostarczyć nieco więcej interesujących projektów. W efekcie OFE mają nadwyżkę środków, na giełdę nie ma dopływu nowych projektów, nie ma również takiego napływu z sektora prywatnego, też się można zastanawiać dlaczego – a w konsekwencji płynność na giełdzie jest niska i wyceny spółek bardzo wzrosły. Kolejny problem, to brak innych możliwości inwestycyjnych. Nie ma np. żadnych funduszy inwestujących w nieruchomości. I nie jest to tylko kwestia regulacji – nikt tego nie zrobił, mimo że takie możliwości prawne istnieją. Wspominałem już o inwestorach zagranicznych, którzy zamknęli dostęp do pewnych sektorów gospodarki. Spróbujmy się zastanowić, jak realnie wygląda dzisiaj portfel funduszu emerytalnego, a jak powinien wyglądać w perspektywie optymalizacji długoterminowej stopy zwrotu. I podkreślam, że to nie są do końca sprawy związane z regulacjami, które coś uniemożliwiają. Chciałbym, żebyśmy się zastanowili dlaczego tak się dzieje. Zacząłbym od papierów skarbowych, których moim zdaniem powinno być dużo mniej w portfelu niż jest obecnie. Jeśli ograniczylibyśmy inwestowanie funduszy emerytalnych do papierów skarbowych, to cały projekt nie ma sensu. Jedyne, co uzyskujemy, to transparentność ile emerytury i komu skarb państwa jest winien, a to można było zrobić o wiele taniej. Również akcji krajowych powinno być moim zdaniem zdecydowanie mniej, ze względu na niebezpieczeństwo powstania bąbla spekulacyjnego. Popyt z podażą jest niedopasowany i wydaje mi się, że nie ma on realnej szansy żeby się zrównoważyły, nawet w przypadku pojawienia się projektów prywatyzacyjnych, czy jakichś dużych projektów w sektorze prywatnym. Natomiast zdecydowanie powinna być zwiększona możliwość inwestowania w akcje zagraniczne, co pozwoli sektorowo zdywersyfikować portfel. Tu szczególne chciałbym zwrócić uwagę na sektor użyteczności publicznej – elektryczność, gaz itd., bo to są spółki bardzo popularne wśród funduszy emerytalnych zagranicą – nie należy oczekiwać po nich jakichś strasznych wzrostów cen, ale to są spółki, które wypłacają stabilną dywidendę i w związku z tym stabilizują portfel. Nie mamy żadnych takich spółek w portfelach, ponieważ nikt nam tego nie zaproponował i to nie dlatego że prawo zabrania. Sektor jest państwowy i prywatyzowany przez inwestorów strategicznych – nie wydaje mi się, żeby to do końca było przemyślane. Nie jestem w stanie odpowiedzieć, dlaczego sektor utility jest tak traktowany. Fundusze private venture capital i fundusze emerytalne są na świecie głównym dostarczycielem kapitału dla funduszy venture. Dlaczego tego nie ma u nas? Mieliśmy w Izbie roboczą sesję z przedstawicielami funduszy venture capital i doszliśmy do wniosku, że w przypadku takich regulacji, jakie dzisiaj obowiązują, nie daj się nic zrobić. Jedyna dostępna prawnie dla funduszy emerytalnych forma inwestowania w venture capital to działanie poprzez fundusz inwestycyjny zamknięty. Niestety pojedynczy fundusz emerytalny może kupić zaledwie 10% takiego funduszu zamkniętego, więc trzeba by albo znaleźć 10 funduszy emerytalnych albo jakichś innych inwestorów, żeby taki projekt się udał,. W Polsce trudno tych inwestorów znaleźć, a inwestorzy zagraniczni są przyzwyczajeni do projektów zrobionych pod inną jurysdykcją i nie zgodzą się inwestować w Polskie fundusze inwestycyjne zamknięte. 10-ciu funduszy emerytalnych również nie uda się zgromadzić i koło się zamyka. Funduszy nie ma, my nie mamy w co inwestować. Można się więc zastanowić, czy nie zmienić limitu. Moim zdaniem, w przypadku funduszu inwestycyjnego nie ma powodu, żeby limit nie mógł być wyższy – 20 czy 25%, co dało by szanse powstania funduszy venture capital – szczególnie, że stymulują one rozwój gospodarki. Dlaczego nie ma inwestycji związanych z nieruchomościami? Trudno mi odpowiedzieć jednoznacznie. Nie rozumiem dlaczego banki przygotowywały listy zastawne tak, że my nie mogliśmy w nie inwestować. Dlaczego nie pojawił się żaden fundusz zamknięty, inwestujący w nieruchomości, też nie rozumiem, chociaż na świecie takie fundusze są notowane. Mówiło się dużo o inwestycjach infrastrukturalnych ale żaden projekt do nas nie dotarł, nawet w zarysie. Tu chciałbym przypomnieć, że istnieje konstrukcja prawna obligacji przychodowych, bardzo dobrze dopasowana do tego typu projektów, więc problem można rozwiązać. Sektor prywatny też nie był w stanie wypracować żądnego projektu. Są również prawa pochodne, w które moim zdaniem powinniśmy móc inwestować do takiego samego limitu, jak w akcje. W przypadku papierów prapochodnych o wyższym ryzyku powinna istnieć możliwość zabezpieczenia portfela. Mam nadzieję, że w nowelizacji ustawy zostanie to uwzględnione, co otworzy nam pewne możliwości. W sprawie podaży spółek ze strony skarbu państwa na giełdę, mam pytanie fundamentalne: czy my chcemy w takie projekty inwestować? Przy obecnej regulacji, która pozwala skarbowi państwa sprzedawać duże pakiety akcji komu chce i ten ktoś nie musi ogłaszać wezwania, postawię tezę, że takie inwestycje nie mają sensu. Inwestor strategiczny może w spółce zrobić co chce i my jako mniejszościowi nie mamy szansy sensownie wyjść z tej inwestycji. Nas jako zarządzających portfelami funduszy emerytalnych nie interesuje pozycja inwestora, który ma gorsze prawa niż ktoś inny. To jest rynek publiczny i jest on szczegółowo regulowany. W tych warunkach istotna jest ochrona inwestora mniejszościowego, bo to nie jest sytuacja, w której czterech udziałowców ma po 25% i oni sami mogą chronić własne interesy i się procesować. To są procentowo małe pakiety i muszą być dokładnie chronione przez regulację. Jakie bariery powodują, że sektor prywatny nie wychodzi ze swoimi projektami na giełdę – nie wiem. Nie wiem, czy rynek kapitałowy nie jest zrozumiały dla sektora prywatnego, czy może koszty są za duże. Chcę zwrócić uwagę, że to jest sytuacja paradoksalna, kiedy w tej samej gospodarce, w tym samym kraju występuje nadwyżka kapitału, którego nie ma jak ulokować i jednocześnie realna gospodarka potrzebuje kapitału i się nie może rozwijać, bo brakuje tych właśnie inwestycji. Nie wiem jakie są przyczyny tego zjawiska. Płynność rynkową w Polsce zapewniają inwestorzy szybcy, spekulacyjni. W przeszłości byli to w dużym stopniu inwestorzy indywidualni. Dziś wielu z nich odeszło z rynku. Za wiele było przejęć spółek przez inwestorów strategicznych, które dokonały się bez szansy wyjścia dla inwestorów mniejszościowych. Wydaje mi się, że trzeba będzie popracować, żeby odbudować zaufanie do tego rynku, bo trudno sobie wyobrażać, że ktoś ze złych doświadczeń nie wyciągał wniosków i dalej inwestował na tych samych zasadach. Jeżeli mamy skonstruować prawdziwy głęboki rynek, to wszystkie kwestie regulacyjne związane z prawami inwestorów mniejszościowych powinny być bezwzględnie wyjaśnione. Nawet jeśli tak się stanie, to i tak czeka nas 2 – 3 lata intensywnej pracy, żeby się pojawiła szansa odzyskania tego zaufania. Na razie jej nie ma. Prof. Marek Góra, Szkoła Główna Handlowa
Dziękuję bardzo za wystąpienie, w którym poruszona została niezwykle ważna sprawa. Z jednej strony są fundusze emerytalne, które mają bardzo poważne i rosnące w błyskawicznym tempie aktywa. Z drugiej jest gospodarka, która potrzebuje kapitału, a z powodów o których będziemy rozmawiali, nie można dokonać połączenia tych dwóch rzeczy. Pytanie dlaczego? Konstatacja „nie wiemy dlaczego”, niewiele w rzeczywistości zmienia. Możliwe jest drugie podejście do problemu: spróbujmy zaproponować takie rozwiązania, może niekoniecznie w formie dziś już gotowej, bo to niewykonalne, aby można było połączyć ten kapitał, który szuka możliwości inwestowania i gospodarkę, która kapitału potrzebuje. Chciałbym zwrócić uwagę na kilka innych rzeczy, które w tym wystąpieniu się pojawiły. Kwestia limitów inwestycyjnych. A więc nie zawsze jest to sprawa braku instrumentów – czasami za mały jest do nich dostęp. Padła kwestia ograniczonego rynku, na którym istnieje niestety ryzyko bąbli inwestycyjnych. A ja chciałbym do tego dołączyć to, co powtarzamy tu wszyscy już od dłuższego czasu, że również na cenach obligacji skarbowych, które są taką, wydawałoby się, bezpieczną protezą gdy nie ma czego kupić, też mogą powstawać swego rodzaju bąble. Przy pewnym poziomie uogólnienia można powiedzieć, że na obligacjach skarbowych w Polsce również rośnie bąbel. I również może pęknąć, w sposób bardzo bolesny, ponieważ to już jest nie tylko część gospodarki, to także część systemu społecznego. Padła sugestia inwestowania za granicą, którą musimy dobrze rozważyć, dostarczając wszystkim argumentów potwierdzających, że jest to rozwiązanie dobre, bezpieczne i przede wszystkim nieuniknione, bo inaczej możemy mieć kłopoty. I na koniec chciałem podkreślić, bo to nam ciągle ucieka, że niezależnie od kapitałowego charakteru systemu, bardzo silnie zależy on od demografii. Wynika to z powszechności systemu. I ten fakt, czyli to, że grupa nabywców jest zdeterminowana, a należą do niej wszyscy możliwi członkowie społeczeństwa, powoduje istotne skutki. Jeśli będzie mało osób kupujących, to cena zawsze będzie niska. I to nas czeka. Mniej więcej na przełomie pierwszej i drugiej dekady naszego stulecia nastąpi zarówno zmniejszenie dopływu młodych ludzi do systemu, jak i zwiększenie odpływu osób przechodzących na emeryturę. Te dwa efekty się na siebie nałożą i to będzie ogromny problem, który przełoży się również na rynki finansowe. Krzysztof Pater, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki SpołecznejPiotr Kamiński, Wiceprezes Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych
w Warszawie
Skoncentrowałem się dzisiejszych limitach inwestycyjnych funduszy emerytalnych, po to, by zobaczyć co w ramach tych limitów można zrobić, co można poprawić, jakie instrumenty w ramach określonego limitu stworzyć, lub jakich instrumentów nie ma. Zbudowałem taki proporcjonalny wzorcowy portfel i teraz popatrzmy, co tak naprawdę możemy zrobić. Można stworzyć portfel, w którym będziemy mieli 100% obligacji skarbowych. Ale czy, po pierwsze, to jest dobrze, że nie ma tutaj żadnego limitu? I następne pytanie: jakich obligacji nam brakuje? Obligacji, których nam brakuje w Polsce to są obligacje tzw. preIPObonds, które są rozwiązaniem na czasy, kiedy nie można albo z przyczyn politycznych, albo z przyczyn merytorycznych przeprowadzić oferty publicznej. Wymyślono takie instrumenty, które finansują np. budżet, łącząc niejako z przyszłą prywatyzacją. No i jest pytanie dlaczego nie dopuścić większych inwestycji w zagraniczne papiery skarbowe? Dzisiaj jak rozumiem fundusz może zainwestować do 5% zainwestować. Jednak jeżeli mówimy o potrzebie dużego bezpieczeństwie, to obligacje zagraniczne skarbowe mogą być ciekawą alternatywą. Teraz parę słów na temat obligacji PIP, jako takiego instrumentu prefinansowania prywatyzacji. Zgodnie z rozporządzeniem rady ministrów, możliwe jest emitowanie takich obligacji przez skarb państwa. Co więcej, może emitować te obligacje skarb państwa, reprezentowany przez ministra skarbu państwa w porozumieniu z ministrem finansów. Ważne jest aby był konkretny już zdefiniowany popyt na te obligacje. W takim przypadku można doprowadzić koszty budżetu finansowania tego typu zobowiązań do bardzo niskich poziomów. Oczywiście jest ryzyko. Bo jeżeli okaże się, że jednak prywatyzacja zostanie zatrzymana, to skarb państwa w takim przypadku musi obiecać wykup tych obligacji z większą premią. Skoro już dziś mówimy o dziewięciu ofertach publicznych w przyszłym roku, dlaczego nie pomyśleć o tego typu instrumentach? Kolejne instrumenty to obligacje municypalne i korporacyjne. Rozporządzenie o limitach inwestycyjnych nie mówi o tym, że muszą to być obligacje komunalne zabezpieczone czy nie zabezpieczone. Mówi tylko o publicznych i niepublicznych. Powstaje pytanie: dziś ten limit jest w ogóle niewykorzystywany, ale jeśli byśmy mówili o przesuwaniu ciężaru z obligacji skarbowych na obligacje innego typu, to czy 20% nie będzie za mało? I dlaczego ten limit nie obejmuje możliwości refinansowania długu komunalnego? Większość podmiotów komunalnych potrzebuje maksimum 5, 10, 30 czy 100 mln. zł. Natomiast są instytucje typu Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska, czy Bank Gospodarstwa Krajowego, które zajmują się profesjonalnie udzielaniem pożyczek. Więc pytanie, czy przypadkiem w tym limicie nie powinna zawierać się możliwość refinansowania tego typu pożyczek, za pomocą sekurytyzacji. Jest jeszcze formuła obligacji przychodowych, o których była już mowa, formuła, która może być użyta chociażby do finansowania autostrad. Tylko pytanie, czy projekt inwestycyjny zamknięty w formułę finansowania obligacyjnego jest atrakcyjny dla funduszy emerytalnych. Mówimy tutaj zwykle o finansowaniu 20-to, 30-to letnim, tylko powiem szczerze, znam parę przymiarek do projektów obligacji przychodowych i wszystkie kończyły się na poziomie banku komercyjnego, bo banki boją się tych obligacji. Czy te obligacje powinny być notowane i jaka powinna być informacja? Tyczy się to zarówno obligacji komunalnych, korporacyjnych, jak i obligacji skarbowych. To co w przypadku obligacji skarbowych musi być zrobione jak najszybciej, to żeby informacje na ten temat były w czasie rzeczywistym dostępne dla funduszy i dla szerokiej publiczności. Jest to bardzo istotna sprawa i dotyczy ona również obligacji na rynku publicznym, czy to komunalnym, czy to obligacji korporacyjnych. Jeżeli chodzi o obligacje korporacyjne, to zwracam uwagę, że dzisiaj w limitach inwestycyjnych też mamy tak naprawdę do 20-tu %. Te limity są śmieszne, ponieważ wszystkie dotyczą, oprócz 5-ciu % niepublicznych obligacji dla spółek publicznych, obligacji zabezpieczonych. W związku z tym, obligacje niezabezpieczone można upchnąć w zupełnie innym limicie wszystkich pozostałych papierów. Trzeba zmienić te regulację, szczególnie, że, co tu dużo mówić, jakby ktoś chciał udać, że ma obligacje zabezpieczone, wystarczy stworzyć spółkę specjalnego przeznaczenia, która będzie obligacje emitowała. Będą one zabezpieczone przez podmiot, który sam mógłby w innym przypadku wyemitował te obligacje, będą się nazywały „zabezpieczone” i wejdą w inny limit, więc widać tu luki w przepisach. Oczywiście spółki zarówno prywatne jak i spółki skarbu państwa też mogą stworzyć coś w rodzaju preIPObonds, są tu jednak pewne problemy w zakresie prawa o publicznym obrocie, w związku z tym trzeba by tę kwestię przemyśleć. Kolejna sprawa to depozyty i papiery bankowe. Wydaje mi się, że banki jakby w ogóle nie zauważały możliwości, jakie dają papiery bankowe, które mogą być de facto notowane, bo można przenosić z nich prawa własności. Te papiery mogły by być wręcz w obrocie publicznym. Kolejna sprawa to akcje i kolejne wątpliwości. Wiele się zmieniło od czasu, gdy wprowadzano obecne przepisy. Rynek został podzielony na urzędowy i nieurzędowy, a w aktualnych regulacjach nic na ten temat nie ma. Czy wobec tego ignorujemy ten fakt, czy staramy się przepisy dostosować do rzeczywistości? Kiedy tworzono limity bardzo ważny był program narodowych funduszy inwestycyjnych i w związku z tym mamy specjalny limit na te fundusze, z czego można nawet nieźle korzystać. Generalnie jednak regulacja nie do końca przystaje do realiów. Następny problem, to oczywiście fundusze inwestycyjne. Zauważmy, że limit inwestycyjny dopuszcza do 60% aktywów w akcjach, certyfikatach i jednostkach uczestnictwa. W sumie nadal jest 60%, więc żadnej dodatkowej możliwości tu nie ma. Do funduszy inwestycyjnych można podejść inaczej: dlaczego nie dopuścić pośrednich inwestycji zagranicznych za pomocą specjalistycznych funduszy inwestycyjnych? De facto taka możliwość istnieje. Dlaczego w takim razie nie wykorzystać tej drogi dla inwestycji w aktywa zagraniczne i dlaczego fundusze inwestycyjne o tym nie myślą? Może to się im po prostu nie opłaca? Może to nie jest opłacalne dla zarządzających OFE? Jeśli chodzi o inwestycje zagraniczne, postawię jedno pytanie: czy trzymanie niskiego limitu inwestycji zagranicznych jest korzystne dla giełdy papierów wartościowych? Odpowiedź jest trudna, choć intuicyjne czuję i to moja prywatna opinia, że limit wcale nie działa na rzecz giełdy. Jeżeli będziemy utrzymywali limity za wszelką cenę, może się okazać, że zabrnęliśmy w ślepy zaułek. To jest raczej moje odczucie i problem wymaga poważnej dyskusji. I jeszcze jedna rzecz, a mianowicie inwestycje pośrednie, poprzez kwity depozytowe. Jest tu dużo do zrobienia, szczególnie że nowelizacja ustawy o funduszach emerytalnych zmienia również ustawę prawa o obrocie papierami wartościowymi. Została tam wprowadzona nowa definicja kwitu depozytowego, która jest naprawdę dużym krokiem naprzód, aczkolwiek moim zdaniem wymaga dalszych modyfikacji. Najistotniejsze jest to, żeby można było stworzyć instrument, który nie jest wyłącznie kwitem na akcje. Można sobie wyobrazić kwit np. na ETF, bo to najbardziej płynne papiery na świecie i że nie możemy bezpośrednio notować tego papieru, ze względu chociażby na obowiązki informacyjne. Jego emitent na pewno do Polski nie przyjdzie, ze względu na kwestie proceduralne. Wobec tego spróbujmy stworzyć takie rozwiązania, żeby ETF można było notować w formie kwitu depozytowego. ponieważ on jest globalnie bardzo płynny, mógłby być również płynny na naszym rynku. Odpowiednia modyfikacja definicji pozwala także tworzyć różne instrumenty hybrydowe, na przykład instrumenty na różnego rodzaju koszyki czy wręcz ETF-y w oparciu o przepis o kwicie depozytowym, to są na świecie tzw. holdersy. Proponuje potraktować to co powiedziałem, jako zaczyn do dyskusji i mam nadzieję, że wszyscy się wypowiedzą. Prof. Lesław Gajek, Uniwersytet Warszawski, Politechnika Łódzka
Poruszono tu kilka wątków, do których chciałbym się odnieść. Pierwszy to inwestycje zagraniczne. Jestem głęboko przekonany, że to konieczne, aby zwiększyć limity. Chodzi tu o równowagę na rynku lokalnym i globalnym i prawidłowe funkcjonowanie rynku. Oczywiście, jest pewne ryzyko związane z tym, że nadzór może niedopatrzeć, czy inwestorzy mogą podjąć jakieś zbyt ryzykowne inwestycje. Ale to jest ryzyko operacyjne, nad którym trzeba zapanować, natomiast niewątpliwie wyjście na rynki zagraniczne powoduje uporządkowanie sytuacji, także na rynku lokalnym. Podnosi się często argument patriotyczny, że to są nasze pieniądze i ich nie zainwestujemy nigdy za granicą, bo one muszą być tutaj. Ten argument jest mocno chybiony. Po pierwsze dlatego, że tak naprawdę polska giełda nie odzwierciedla polskiej gospodarki i my inwestując na polskiej giełdzie, niekoniecznie musimy uzyskać wzrost, o czym była tu już mowa. Inwestowanie w polską gospodarkę jest zatem trochę iluzoryczne, raczej jest to tworzenie możliwości wyjścia z giełdy tym inwestorom zagranicznym, którzy chcą się z niej wycofać i mogą w ten sposób uzyskać freelaunch wynikający z arbitrażu w warunkach nieefektywnego rynku. Jest duże oczekiwanie, że fundusze będą finansować inwestycje
infrastrukturalne, niestety zapomina się przy tym o celach jakie mają
fundusze emerytalne. Ich celem nie jest rozwijanie infrastruktury w kraju,
tylko korzystne inwestowanie środków powierzonych przez członków
funduszy emerytalnych. Ich podstawowym celem jest uzyskanie wysokiej stopy
zwrotu przy relatywnie niskim ryzyku, i to wszystko. Natomiast oczywiście,
jeżeli państwo potrafi skonstruować takie instrumenty finansowe, które
będą atrakcyjne, to wtedy fundusze je kupią. Niestety, widzę, że
brakuje pomysłów na te
instrumenty, aczkolwiek na świecie jest wiele przykładów ciekawych
rozwiązań. Można przecież emitować obligacje dowodowe, można je również zabezpieczać poprzez sekuratyzację i to jest tylko jeden z przykładów. Stworzenie pewnej ilości takich instrumentów daje państwu zabezpieczenie przed niskimi wpływami, a fundusze zyskują dostęp do bezpiecznych, wysokorentownych i długookresowych inwestycji. Oczekuje się również, że fundusze emerytalne przyczynią się do
restrukturyzacji gospodarki, co oznacza, że przejmując rolę aktywnych
inwestorów, spowodują lepsze zarządzanie firmami i wzrost gospodarczy.
To jest pewne nieporozumienie. Po pierwsze, fundusze w tej chwili nie są
w stanie tego robić, bo z obowiązującymi limitami zaangażowania do
10%, po prostu nie mają wpływu na to, co się w spółce dzieje. A po
drugie, to nie ich rola. Fundusze emerytalne dostarczają kapitału i ktoś
inny powinien ten kapitał właściwie wykorzystać. Jeżeli fundusze miałyby
naprawiać gospodarkę, to trzeba się liczyć z ogromnymi kosztami tego
przedsięwzięcia. Naprawić firmę, to znaczy dokładnie ją poznać, co
wymaga i czasu Instrumenty pochodne...Wydaje mi się, że odblokowanie tej możliwości jest interesujące, ale dla funduszy to sprawa marginesowa. Najbardziej naturalnym instrumentem pochodnym jaki fundusz powinien kupować jest indeks rynku funduszy, który determinuje dopłatę. Jeśli indeks jest źle skonstruowany, to fundusze cały czas przepłacają ten instrument. I tu wraca sprawa prawidłowo określonej średniej stopy zwrotu, która byłaby wolna od obecnego błędu, o którym już mówiłem wcześniej. Tak więc, bez poprawienia samego indeksu, ta możliwość inwestycyjna jest zupełnie jałowa. Co do sekurytyzacji zwrócę uwagę, że to bardziej rola inwestorów, w tym również państwa. Na świecie jest opracowana metodologia sekurytyzacji rozmaitych przedsięwzięć, na przykład infrastrukturalnych czy komunalnych. Można je dobrze zabezpieczyć i oferować bardzo atrakcyjne papiery wartościowe, z tym, że to zadanie dla emitentów, a nie dla nabywców. I tylko nie jestem pewien, czy wiedza na ten temat jest dostateczna. Dr Paweł Wojciechowski, Prezes Zarządu PTE Alianz Polska
Mówimy ciągle o „bąblu spekulacyjnym” i odnoszę wrażenie, że jest to pojęcie nadużywane. Pokazuje ono jak oderwana od rzeczywistych wartości jest wycena aktywów, która w zasadzie zależy od popytu i podaży, a z drugiej strony od głębokości rynku. I tutaj nie zgadzam się z poglądem prof. Góry, że na obligacjach skarbowych też może wystąpić bąbel. Po pierwsze, w wypadku obligacji rynek jest głęboki. I druga sprawa to polityka skarbu państwa. Państwo pełni tu rozmaite role: jest właścicielem giełdy, właścicielem akcji spółek skarbu państwa, jest ministrem finansów, który emituje papiery skarbowe. I teraz pytanie, czy w tych wszystkich rolach skarb państwa zachowuje się racjonalnie? Jeśli przyjmiemy, że zasadniczym celem jest finansowanie deficytu budżetowego, to tak. Nowe emisje papierów skarbowych przynoszą sukcesy. Być może to jest rzeczywiście najbardziej przejrzysty i najtańszy sposób pozyskiwania kapitału dla skarbu państwa. Być może rynek jest wystarczająco głęboki, przyciągający inwestorów, dzięki czemu podaż spotyka się z silnym popytem. Dlaczegóż skarb państwa nie miałby w takich warunkach finansować deficytu budżetowego poprzez emisję papierów skarbowych? Tym bardziej, że na rynku akcji sytuacja nie jest już tak łatwa. Jedyna poważna publiczna oferta skarbu państwa w ciągu ostatnich trzech lat to akcje puławskich Azotów. Okazało się, że cena była za wysoka i fundusze emerytalne akcji Azotów nie kupiły. Emisja się nie udała. Pan prezes Rozłucki powiedział, że na giełdzie były trzy fazy. W pierwszej szczególnie aktywni byli inwestorzy indywidualni, potem zagraniczni, a teraz pytanie, czy ich rolę przejmują fundusze emerytalne. Niestety, alokacja kapitału nie następuje, bo na rynku nie ma nawet emisji pierwotnych. Co najwyżej następuje wymiana inwestorów i to tylko tam, gdzie dopuszczą do tego inwestorzy strategiczni. Fundusze emerytalne skupując akcje z rynku ograniczają free float. Na przykład w Stomilu Olsztyn jest inwestor, który nie dopuści, żeby fundusze jako inwestorzy mniejszościowi miały zbyt wiele do powiedzenia. Dopóki nie nastąpi pełna wymiana tych inwestorów, nie zwiększy się udział funduszy emerytalnych we free floacie, bąbel spekulacyjny nie zadziała. Przejawem bąbla będą ceny tak oderwane od rzeczywistości, że doprowadzą być może do nowych emisji. Co w tej sytuacji mają robić fundusze emerytalne? W pewnym sensie są zakładnikiem tego systemu, bo inwestują na tym rynku ale i giełda w coraz większym stopniu zależy właśnie od dopływu środków z funduszy emerytalnych. I teraz zasadnicza sprawa o której mówił pan profesor. Fundusze nie są od tego, żeby stawiać sobie za cel rozwój giełdy papierów wartościowych, restrukturyzację czy projekty infrastrukturalne. Fundusze emerytalne istnieją po to, by zapewnić wysoką stopę zwrotu powierzonych im składek. Tam, gdzie pojawią się projekty inwestycyjne o odpowiednio wysokiej stopie zwrotu, tam fundusze będą się angażować. Natomiast nie będzie ich tam, gdzie te stopy zwrotu będą niskie. Oczywiście, jesteśmy obecni na giełdzie, bo mamy takie ograniczenia inwestycyjne. A tak naprawdę, jedynym życzeniem funduszy emerytalnych jest to, by z mocy prawa być traktowanym tak samo jak inni inwestorzy giełdowi. Jacek Socha, Przewodniczący Komisji Papierów Wartościowych i Giełd
Jako przedstawiciel Komisji jej przypisuję pierwszeństwo zarysowania tego problemu, o którym dziś dyskutujemy. W dosyć obszernym dokumencie, który skierowaliśmy na Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów w 1999 roku, uprzedzaliśmy, że jeżeli reforma emerytalna dalej będzie się tak rozwijała, to trafimy na problemy alokacji aktywów, które są w funduszach i będzie się wyciągało różnego rodzaju demony, w postaci choćby bąbli spekulacyjnych. W bąbel spekulacyjny czy też bąbel przewartościowania, spowodowany funduszami emerytalnymi specjalnie nie wierzę, raczej bym powiedział, że jest większe zagrożenie ulokowania aktywów funduszy w przedsięwzięciach, które będą nisko płynne i trudno im będzie z tego kiedyś wyjść. Nie mam nic przeciwko zwiększeniu limitów inwestycyjnych zagranicznych, ale odnoszę wrażenie, że dla niektórych funduszy emerytalnych jest to jedyne rozwiązanie i obym był złym prorokiem, być może nawet cel działania. Można znaleźć mnóstwo dokumentów mówiących o dywersyfikacji portfela, różnicach portfeli między funduszami, o potrzebie większych, płynnych rynków. Proponowałbym stworzyć indeks zaufania otwartych funduszy emerytalnych, który byłby w konstrukcji podobny do innych indeksów zaufania, gdzie są analizy czy bardziej się opłaca inwestować w obligacje renomowanych spółek czy tych, które mają wysoką stopę zwrotu. Inwestorzy w okresach niepewności będą wracali do pewniejszych papierów wartościowych pokazując, że mają niskie zaufanie do inwestycji. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że Izba ma ogromne zadanie obrony funduszy emerytalnych. Bo wiemy już dużo o reformie emerytalnej, dużo wiemy o tym, jak fundusze emerytalne działają na rynkach, znamy ich oczekiwania, sporo również wiemy na temat tego co się może się zdarzyć w Unii Europejskiej. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć: jeżeli Minister Skarbu Państwa zapowiedział, że jest 9 ofert publicznych na rok 2003, to bez udziału funduszy emerytalnych one się nie zrealizują. OFE w dużym stopniu rozdają karty na rynku. Prawdą jest to, że gdybyśmy popatrzyli na opłacalność inwestycji w przedsięwzięcia prywatyzowane przez ostatnie lata to w niewielu wypadkach stopa zwrotu będzie dodatnia. Uwzględniając jeszcze koszt pieniądza w czasie i wszystkie bezpieczne inwestycje w obligacje, nie wiem czy cokolwiek się ostanie z procesu prywatyzacji i rozwoju rynku kapitałowego w sensie długookresowej inwestycji. Ale Minister Skarbu musi to wiedzieć. Na miejscu funduszy emerytalnych wystąpiłbym do ministra z prośbą o przedstawienie całego procesu prywatyzacji na rok 2003, aby można się było przygotować do alokacji środków pieniężnych. Bo 9 ofert, a słyszałem nawet 10, to znaczy praktycznie, że co miesiąc jest oferta. Apeluje o większą aktywność, bo jeżeli tego Państwo nie zrobicie, to będę miał wrażenie, że na dobrą sprawę chodzi jedynie o podniesienie możliwości inwestycyjne za granicą. Sytuacja nie jest łatwa. Mówimy o tym 3 lata i istnieje program rządowy dotyczący funduszy emerytalnych ale w ślad za nim musi istnieć program zasilenia funduszy. Na ile jest to możliwe przez skarb państwa? Nie wierzę w żadne obligacje na wzór tych z 1989 roku. I tak na dobrą sprawę, to minister finansów pewnie cieszy się i dziękuje Panu Bogu, że nikt nie kupił w 1989 roku, bo inaczej, jak mówił prezes Kamiński, stałby się zakładnikiem własnych papierów wartościowych, które musiałby w jakiś sposób wykupywać, nie robiąc prywatyzacji. No bo tak sobie trzeba wyraźnie powiedzieć, że taki byłby scenariusz z tymi obligacjami. Gdyby istniał taki indeks to można by wyraźnie powiedzieć, że w Polsce przez najbliższe lata nie będzie dobrze, bo fundusze emerytalne nie mają co kupić. Na co Państwo czekacie? Aż się wierzyć nie chce, że w tej infrastrukturze, którą rynek buduje od dziesięciu lat nie ma funduszy venture capital, nie ma domów maklerskich, które by przygotowywały oferty spółek niepublicznych, prywatnych. Bo jeżeli tak, to czekacie na otwarcie tych limitów zagranicznych. Chyba, że będziecie, tak jak tu prezes Kamiński mówił, tworzyć optymalny portfel inwestycyjny 100% obligacji skarbu państwa. Polska jest taka, jaka jest, ona się nagle nie zmieni. Wobec tego trzeba otwarcie powiedzieć, że w gospodarkach przechodzących transformację ekonomiczną, nie tylko w Polsce, możliwość zbudowania rynku kapitałowego graniczy z cudem. Bo proszę zwrócić uwagę Polska ma 25 miliardów dolarów kapitalizacji rynków kapitałowych, natomiast wszystkie kraje transformacji 54 miliardy. To jest całość rynku dziesiątki, która idzie do Unii Europejskiej i to jest 0,8% kapitalizacji rynków europejskich i 0,25% wartości obrotu. Pytanie, czy w najbliższej przyszłości będzie można inaczej budować rynki kapitałowe w krajach przechodzących transformację, czyli również i w Polsce. Tu warto zwrócić uwagę, że Grecja, Portugalia, Irlandia, czy też dużo większa Hiszpania miały gospodarkę rynkową, miały dodatkowe zasoby kapitału, ale nowoczesne rynki papierów wartościowych zaczęły tworzyć plus/minus 10 lat przed rozpoczęciem budowy rynku w krajach przechodzących transformację. Można prowadzić seminaria, i można stawiać mnóstwo znaków zapytania, czy rynek jest przeregulowany a może niedoregulowany. Czy taki instrument, czy inny. Ja też nie wiem, czy jest tak, czy inaczej. Natomiast państwo, jako osoby dysponujące środkami pieniężnymi na dobrą sprawę powinniście rozdawać karty i artykułować czego chcecie. Nie musicie przecież kreować podaży. To zadanie regulatorów, czyli nas i ministra skarbu, który może jej dostarczyć. Natomiast sama dyskusja prowadzi do jednego wniosku, który przedstawił tu prof. Gajek i ja się z tym zgadza: podnieść limity i iść na głębokie, rozwinięte rynki kapitałowe, a wartości aktywów funduszy emerytalnych będą zarządzane nie z Polski. Tomasz Bańkowski, Prezes Zarządu PTE Pekao PioneerPojawił się tu zasadniczy problem, a mianowicie, czy w rozwijającej się, transformowanej gospodarce można przekroczyć pewne konieczne etapy. Czy rzeczywiście zgranie popytu i podaży może się odbyć w ten sposób bardziej harmonijny. Spotykamy się z Ministerstwem Skarbu i usiłujemy określić naszą rolę jako potencjalnych inwestorów mniejszościowych w zapowiadanych prywatyzacjach. Sądzę, że dyskusja na ten temat byłaby obarczona dużą skalą błędu i ryzyka. Nikt, kto posiada jakieś zezwolenie na działania inwestycyjne nie mógłby oprzeć się na tego typu informacjach, bo to jest czysta polityka. I to jest moja wątpliwość, co do wartości takich dyskusji. Natomiast rzeczywiście, problemem jest jak zharmonizować popyt i podaż. Mamy popyt, mamy podaż, mamy regulatora i stoimy w miejscu. W rezultacie domy maklerskie nie mogą spełniać swojej roli, a za chwilę fundusze emerytalne też zaczną narzekać, że to nie jest rynek, na którym mogą zarobić pieniądze dla przyszłych emerytów. Ryszard Frączek, Departament Polityki Inwestycyjnej KNUiFE
Sądzę, że dyskusja odbywa się jednak w dogodnych warunkach i nie ma żadnej dramatycznej sytuacji, ani jeśli chodzi o instrumenty finansowe, ani tez limity inwestycyjne. Mimo, że do końca nie jest jasne stanowisko pana przewodniczącego Sochy, ale myślę, że jeżeli fundusze mówią o rozszerzeniu inwestycji zagranicznych, to przy ich obecnym zaangażowaniu nie przekraczającym limitu 5%, nie chodzi im o 50%, co rzeczywiście było by ryzykowne, a o 10 czy 15%. Chciałem zwrócić uwagę, że dotychczasowe wyniki inwestycyjne OFE są przyzwoite. Nawet najbardziej ryzykowny rynek jak się wydawało się, czyli akcje na Warszawskiej Giełdzie, jest niezwykle stabilny, czyli zapewnia minimalizowanie ryzyka, nawet jeśli fundusze emerytalne umożliwiły zagranicznym inwestorom, czyli tak zwanemu „spekulacyjnemu” kapitałowi zagranicznemu wyjść z tej giełdy. Teraz jeśli jakiś kapitał zewnętrzny zechce tu wrócić, to za cenę wzrostu kursów, co z punktu widzenia funduszy emerytalnych byłoby zjawiskiem pozytywnym, a z drugiej strony pozwoliło by wchłonąć te 9 planowanych prywatyzacji. Chciałem zwrócić uwagę, na pozytywne zachowanie, za które fundusze trzeba pochwalić. Chociażby sprawa wycofania się niemal wszystkich funduszy emerytalnych z zaangażowania w Elektrim i instrumenty finansowe emitowane przez tę spółkę. Fundusze wyszły z tej ryzykownej inwestycji dużo wcześniej, niż inne podmioty. Jedyne zastrzeżenie, jakie mogę zgłosić do polityki inwestycyjnej, to zbyt duże zaangażowanie, i tu poparłbym pana profesora Górę, w obligacje skarbu państwa o stałym oprocentowaniu. Bo na czym może polegać ryzyko inwestycyjne z tym związane? Otóż w te obligacje zaangażowany jest w jeszcze większym stopniu kapitał zagraniczny. I to taki, który może bardzo szybko zmienić swoje podejście inwestycyjne. Jeśli uwzględnimy kilka czynników ryzyka związanych, nawet nie ze złymi wydarzeniami w gospodarce polskiej, ale w otoczeniu zewnętrznym, które wpłyną na spadek wartości złotówki o 10 czy 20%, sytuacja może się skomplikować. Bardzo prawdopodobny scenariusz to wyprzedaż obligacje skarbu państwa o stałym oprocentowaniu przez kapitał zagraniczny. Fundusze emerytalne, z których część ma około połowy portfela w tych instrumentów, musiałyby go przeszacować, nie mając możliwości upłynnienia obligacji. Wydaje mi się, że wniosek z tego powinien być taki, iż powinniśmy dyskutować nad takim podejściem funduszy emerytalnych, które doprowadzi do większej dywersyfikacji instrumentów finansowych w ich portfelach, w tym być może również rozszerzenia niektórych niskich limitów. Krzysztof Lis, Prezes Instytutu Rozwoju BiznesuChciałbym wrócić do wątku racjonalności skarbu państwa. Prezes Wojciechowski zaprezentował wniosek, z którymi się całkowicie zgadzam, o wspólnocie celów towarzystw emerytalnych i rynków papierów wartościowych, a dokładnie giełdy. Jest to jednak ciekawy przykład, znany logice, gdy z nieprawdziwych przesłanek wyciąga się słuszny wniosek. Otóż teza o racjonalności skarbu państwa w Polsce jest tezą, powiedziałbym, niezwykle rewolucyjną. Wiemy przecież, że skarb państwa, jako instytucja, nie ma do końca przemyślanej długofalowej koncepcji działania. Natomiast fakt wspólnoty celów towarzystw emerytalnych i giełdy, jest okazją zupełnie fundamentalną. 12 lat temu w Polsce nie było śladu rynku kapitałowego. Mimo to udało się stworzyć coś nowego i to bardzo szybko. Gdyby powiodły się wszystkie pomysły z 1989 roku, nie było by żadnych głupstw w rodzaju NFI. Niestety, brakowało nam wówczas doświadczenia, które dziś mamy. Prezes Socha zwrócił uwagę na bardzo ważna sprawę: jeżeli nie ma instytucji i nie ma infrastruktury, to fabrykant buduje nie tylko samą fabrykę ale również mieszkania dla robotników, sklepy, buduje całe miasto. Już trzy lata temu opracowanie, które było prezentowane na pierwszym seminarium z cyklu „Polski rynek kapitałowy w Europie XXI wieku” zwraca uwagę na to, że tej infrastruktury nie zbudowano. Jeżeli towarzystwa emerytalne nie wyciągną z tego wniosków i nie wezmą tego problemy w swoje ręce, to będą bez końca borykały się z tymi samymi problemami. W tej chwili mamy do czynienia z pewnym regresem instytucjonalnym, nie tylko w dziedzinie, która nas interesuje. Państwo przestało być generatorem postępu instytucjonalnego. I nie można oczekiwać, że się nagle zmieni, ponieważ ma inne priorytety przez co najmniej 2, 3 lata. Towarzystwa emerytalne mają szansę, czy chcą tego czy nie, uzyskać niezwykle poważny wpływ na cała gospodarkę. To nie jest myślenie życzeniowe, ani uprzejmość – tak się stało w innych krajach. Dr Paweł Wojciechowski, Prezes Zarządu PTE Alianz Polska
O racjonalności Skarbu Państwa mówiłem oczywiście z pewną ironią. Przyszłość pokaże tę racjonalność, a my jej doświadczymy w postaci naszych emerytur. Natomiast wydaje mi się, że buduje się tu bardzo interesujący consensus pomiędzy instytucja infrastruktury rynku, a poważnym graczem na tym rynku. Załóżmy, że chcemy inwestować w kraju. Zasadnicze pytanie dotyczy perspektyw rynku kapitałowego. Często pojawia się teza, że na rynku jest źle, ponieważ po prostu jesteśmy krajem o spadającej konkurencyjności i że nie ma w co inwestować, bo nie ma projektów inwestycyjnych. Zakładam, że jednak będą takie projekty. Ale nadal pozostaje problem, czy krajowy rynek kapitałowy jest atrakcyjnym rynkiem dla pozyskiwania kapitału i dla takich inwestorów jakimi są fundusze emerytalne. Jeśli rynek kapitałowy będzie mało atrakcyjny dla emitentów i inwestorów, to nic się nie zmieni. I nie ma co się łudzić, że fundusze emerytalne wezmą na siebie jakieś specjalne zobowiązania. Fundusze nie będą namawiać potencjalnych emitentów, nie będą lobbować Skarbu Państwa, nie będą zabiegać o emisje prywatnych spółek. Co najwyżej mogą komentować rozwój rynku kapitałowego czy konstrukcję tego rynku i uważam, że właśnie taka rola funduszy emerytalnych również jest konieczna. Jacek Socha, Przewodniczący Komisji Papierów Wartościowych i Giełd
Fundusze emerytalne są obecne na rynku kapitałowym. Można powiedzieć, że w stopniu zbyt małym, by zwiększała się kapitalizacja giełdy, stwarzając nowe możliwości inwestycyjne dla funduszy. Problem polega jednak na tym, że nie mam do końca pewności, czy wszyscy w Polsce dokładnie wiedzą jakie musiałyby być spełnione warunki brzegowe, aby fundusz emerytalny mógł się w ogóle jakąś inwestycja zainteresować. To jest podobnie jak ze środkami pomocowymi z Unii. Gwarantuję, że gdyby nie było informacji, co trzeba zrobić, żeby ewentualnie otrzymać taką pomoc, to wiele podmiotów i wiele osób w ogóle by nie wypełniło żadnego podania o tego rodzaju środki. Tylko że pytanie jest inne. Czy fundusze nie działają w sytuacji wręcz dla nich absurdalnej. Prawda jest taka, że w tej chwili podaży nie ma i prawdą jest, że od samego obserwowania warunków makroekonomicznych ta podaż się nie pojawi, tak jak się pojawia dobra koniunktura. Natomiast mówiąc o współpracy z ministerstwem skarbu miałem na myśli odpowiedź na pytanie, jak powinno wyglądać te 9 ofert, żeby prywatyzacja się powiodła, co by było dla rynku wręcz fantastyczne, bo nikt nie twierdzi, ze jest on doskonały. Mówiono tu o sytuacji mniejszościowych akcjonariuszy, którzy w wielu spółkach zostali poszkodowani. Jakiś czas temu staraliśmy się wykreślić zapis, dotyczący braku konieczności ogłoszenia wezwania przy przekraczaniu 50% Skarbu Państwa. Chcieliśmy, żeby Skarb Państwa był traktowany tak samo jak każdy inny inwestor. Nie udało się. Generalnie rzecz biorąc, w Polsce nie zrobiliśmy jednej istotnej rzeczy i być może to był błąd. Mianowicie, nie stworzyliśmy mechanizmu, by zachęcić kogoś, kto przekracza określony próg w spółce, do wykupienia wszystkiego, żeby nie zostawały swoiste resztówki. Fundusze emerytalne, ale nie tylko one, boją się uczestniczyć w tego rodzaju inwestycji jako mniejszościowy akcjonariusz, który nigdy nie będzie miał nic do powiedzenia. Przypomnę jak zareagowała prasa, kiedy Pepsico wykupywało Wedla. I kto stanął w obronie rynku mówiąc, że to nie jest żadna marginalizacja rynku papierów wartościowych, tylko normalny etap rozwoju. Spółki wchodzą na rynek i spółki wychodzą z rynku. Tego, że to jest ruch w obydwie strony, też musieliśmy się nauczyć. Krzysztof Lutostański, Wiceprezes Zarządu Izby Gospodarczej
Towarzystw Emerytalnych
Zwrócę uwagę na dwie moim zdaniem strukturalne kwestie które powodują, że z podażą papierów dla funduszy emerytalnych jest tak, jak jest. Otóż dosyć mocno lansuje się ostatnio tezę, że polską gospodarkę mogą dźwignąć małe i średnie podmioty – mikroekonomia, a nie podmioty duże i makroekonomia. To jest teza słuszna. Ale w praktyce oznacza, że struktura finansowania tej części gospodarki, która ma być źródłem postępu, musi być dopasowana do małych i średnich podmiotów. Fundusze emerytalne nie są dostosowane do tej roli. Bo jeśli ja mam się zajmować pojedynczymi gminami, których obligacje komunalne warte są 2 mln czy 5 mln i mogę wziąć z tego 10%, to ze swoimi pięcioma czy sześcioma pracownikami w funduszu nigdy tego nie zrobię. Potrzebne są do tego mechanizmy pośrednie, które by powodowały, że będzie można kupić obligacje 50-ciu czy 100-u gmin. Ktoś się tym powinien zająć. Oczywiście fundusze emerytalne mogą wziąć na siebie tę rolę. Ale to jest przecież kwestia kosztów systemu. Kosztów wynikających z konieczności przygotowania takiego projektu, czasami przez rok i dłużej, i ryzyka w wypadku niepowodzenia projektu. Jeśli w nasze przychody zostaną wkalkulowane te koszty i ryzyko, to będziemy się oczywiście zajmować przygotowywaniem takich projektów, ale na razie jak widać tendencja jest wręcz odwrotna. Prof. Marek Góra, Szkoła Główna Handlowa
Chciałbym wrócić do kwestii limitów inwestycyjnych. Przypomnę pytanie, które postawił prezesa Kamiński, czy aby nie powinien istnieć górny limit na obligacje rządowe w portfelach funduszy emerytalnych? Jestem zdecydowanym zwolennikiem wprowadzenia takiego limitu, a generalnie uważam, że kiedyś w przyszłości w gruncie rzeczy w ogóle nie powinno być obligacji skarbowych w portfelach funduszy. Ale pytanie, czy już czas i czy są możliwość, żeby to zrobić. Dr Paweł Wojciechowski, Prezes Zarządu PTE Alianz Polska
Uważam, że trzeba zacząć o tym jak najgłośniej mówić i przemyśleć w jakim czasie ten limit powinien zostać obniżany. Można przypuszczać, że będzie to niepopularne, sam zresztą ostatnio jestem bardzo mocno związany z rynkiem obligacji skarbowych więc patrzę na ten problem z dwóch punktów widzenia.. Natomiast uważam, że można by było dać już teraz sygnał, że gotowi jesteśmy wprowadzić natychmiast limit, powiedzmy 80 – 70% i zaprojektować, że w ciągu najbliższych 10-ciu lat zejdziemy na przykład do 30 – 20%. Prof. Lesław Gajek, Uniwersytet Warszawski, Politechnika Łódzka
Na rozwiniętych rynkach, np. w USA optymalna struktura portfela funduszy emerytalnych jest mniej więcej taka, że 60% stanowią akcji, a 40% obligacje. Ta struktura ukształtowała się historycznie i w jakiś sposób optymalizuje ryzyko inwestorów i osiągane stopy zwrotu. W tej chwili, ze względu na gorszą sytuację na amerykańskich giełdach, może się ona zmienić, ale do niedawna tak właśnie kształtowały się proporcje. Widać więc, że udział obligacji jest ograniczony. U nas jest to problem alternatywy. Jeśli nie ma gdzie tych pieniędzy inwestować, to trzeba kupować obligacje. Bez zmiany innych limitów, wprowadzenie górnego pułapu dla obligacji jest mało możliwe. Co nie oznacza, że nie byłoby celowe. Prof. Marek Góra, Szkoła Główna Handlowa
Propozycja, żeby dać sygnał, iż w przyszłości w jakimś określonym momencie udział obligacji w portfelach zacznie się zmniejszać, jest moim zdaniem celowa. Natomiast do tego, co przed chwilą mówił profesor Gajek o historycznym ukształtowaniu się udziału obligacji dodam, że związane jest to w pewnym stopniu z tym, iż nie są to portfele, które stanowią element systemu powszechnego. W powszechnym systemie, a takim jest drugi filar, działa inna logika i inne zasady powinny być brane pod uwagę. Jakby się głębiej zastanowić, nie ma w nim miejsca na obligacje w ogóle. Jest to rodzaj protezy, bo jak panowie przede mną powiedzieli, jeśli nie ma czego kupić, to trzeba kupować obligacje skarbowe. Ale miejmy tego świadomość. Uważam, że górny limit na obligacje można wprowadzić już teraz w sposób nieszkodliwy, czyli na razie na poziomie takim, którego nie osiąga żaden z funduszy, a potem stopniowo schodzić niżej, dając sygnał, że obligacje będą zmniejszającą się częścią portfela. Jacek Kosiński, Dyrektor Departamentu systemu finansowego NBP
Trochę mnie dziwi kierunek w jakim podąża dyskusja. Wprowadzenie limitów na risk free asset kłuci się moim zdaniem z podstawową zasadą inwestowania, że akurat tego typu instrumentów nie powinno się ograniczać w żaden administracyjny sposób. Ja rozumiem, że optymalne portfele mogą mieć, powiedzmy 30 czy 40% obligacji, ale nieograniczona możliwość inwestowania w tego typu aktywa powinna, wydaje mi się, istnieć cały czas. Oczywiście inne ryzyko oprócz ryzyka kredytowego, ryzyko stopy procentowej o którym mówił dyrektor Frączek, ale moim zdaniem to raczej problem istnienia instrumentów zabezpieczających. W tej chwili na giełdzie, czy też na rynkach regulowanych tego typu instrumentów nie ma. Jednak z drugiej strony, jeżeli popatrzymy na międzybankowy rynek IRS, to ma on dużą płynność. Więc możliwości zabezpieczenia przed ryzykiem stopy procentowej istnieją już w tej chwili. Moim zdaniem dodatkowe regulacje mogą jedynie przynieść zaburzenia, które odbiją się na wartości aktywów funduszy emerytalnych Prof. Lesław Gajek, Uniwersytet Warszawski, Politechnika Łódzka
Pojawia się wątpliwość, czy rzeczywiście mamy to do czynienia z kategorią risk free asset? Jeżeli tak naprawdę oprocentowanie na papierach skarbowych jest wyższe niż wzrost gospodarczy, to to już nie jest risk free. Raczej dyskontuje pewne ryzyko ogólne niezrównoważonego budżetu i dużego deficytu. W związku z tym trzeba te papiery gdzieś umieścić na rynku i zaczyna się podnosić ich cena. Czyli one już nie są risk free. Tak naprawdę risk free jest to, co wynika z wzrostu gospodarczego. Takie też powinno być oprocentowanie. Piotr Kamiński, Wiceprezes Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych
w Warszawie
Wprowadzanie wszelkich limitów inwestycyjnych, może być dyskusyjne. Dużo ważniejsze jest jednak ich rozszerzanie, tam gdzie można to zrobić. Jeżeli mówimy o jakichś alternatywach, to podejmijmy wysiłek, żeby realnie ruszyć rynek obligacji korporacyjnych i municypalnych, oraz pochodnych do municypalnych. W tej chwili pojawiają się jakieś pierwsze jaskółki, bo w komisji leży prospekt Telekomunikacji Polskiej na emisję 1 mld zł obligacji. Jeżeli więc ta emisja ruszy, to wszyscy zobaczą jak można stworzyć duży program obligacji na rynku publicznym. Są również przygotowywane obligacje komunalne Rybnika – coś się zaczyna dziać. Jest sporo koncepcji, na przykład pomysły refinansowania zobowiązań sektora służby zdrowia. W tym roku może uda się zrealizować jeszcze ze trzy, cztery projekty ale okazuje się, że jeżeli one ruszą, to limity szybko się wyczerpią. Pytanie więc, czy już dziś nie trzeba myśleć o tym, co zrobić z limitami, żeby dawać możliwość konkurencji produktów. Oczywiście obligacje skarbowe nie są tym, w co fundusze powinny inwestować naprawdę, ze względu na fakt, że i tak inwestujemy połowę środków na naszą obowiązkową emeryturę przez pierwszy filar, czyli w obligacje, wiec po co zwiększać jeszcze ich udział. Ale musza istnieć również konkurencyjne instrumenty. W ciągu pięciu najbliższych lat na dostosowanie Polski do wymogów Unii Europejskiej chociażby w ochronie środowiska potrzeba około 38 mld euro, z czego połowę można dostać z Unii, ale drugą połowę trzeba wygenerować wewnątrz. Połowa z tych inwestycji to mogą być inwestycje związane mocna z infrastrukturą, co będzie się przekładać później na wzrost gospodarczy. Teraz problem polega na tym, jak ruszyć takie molochy jak Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska, na przykład. Bo to są struktury, które mogą dokonywać dużych emisji obligacji, zbierać z rynku duże środki, a jednocześnie lokować tam, gdzie one by były najlepiej wykorzystywane. Więc już teraz musimy się przygotować do sytuacji, w której one zaczną działać. Bardzo szybko może się wówczas okazać, że blokują nas limity, których zawczasu nie ruszyliśmy. |