„Bliżej Otwartych Funduszy Emerytalnych - strategia rynku kapitałowego a możliwości inwestycyjne funduszy emerytalnych” - CZĘŚĆ II

 

1 marca br Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych wspólnie z Redakcją „Pulsu Biznesu” zorganizowała Spotkanie Okrągłego Stołu „Bliżej Otwartych Funduszy Emerytalnych – strategia rynku kapitałowego, a możliwości inwestycyjne funduszy emerytalnych”. Poniżej publikujemy drugą część zapisu dyskusji, jaka odbyła się podczas spotkania.

Krzysztof Lutostański, Prezes Zarządu PTE Bankowy S.A.:

Pan Minister Chalupec zapytał nas, czy jesteśmy gotowi podjąć się roli podmiotów, które będą adresowały swoje inwestycje do przedsiębiorstw małych, średnich czy przedsiębiorstw rozpoczynających działalność. Ale to oznacza wyraźną zmianę charakteru – w większym stopniu będziemy kreatorami przedsięwzięć, niż inwestorami, którzy zarządzają swoimi portfelami. Sądzę, że to pytanie powinno być adresowane nie do nas, a do autorów reformy, którzy nas wynajęli do roli, jaką do tej pory pełnimy. Tymczasem rozmawiamy tu o roli zupełnie innej, która być może wymaga również zmiany obsady. Dlaczego? Po pierwsze, i o tym już mówiono, trzeba zbudować kompetencje w tej dziedzinie. A to oznacza zasadnicze zmiany w naszych działach inwestycji. To być może inni ludzie, na pewno inna ich liczba. Po drugie, trzeba inaczej podejść do kwestii związanych z pewnym aspektem postrzegania sprawiedliwości społecznej. Proszę zważyć, że  my codziennie przeprowadzamy różnego rodzaju operacje na powierzonych nam aktywach. Dokonujemy tego według określonej wartości jednostki i stąd tak często podnoszony tutaj problem adekwatności tej wyceny. Można oczywiście powiedzieć tak, jak powiedział Pan Dyrektor Kałdus, że przy tej wysokości aktywów kilkugroszowe różnice w wycenie są mało istotne. Można by tej wyceny dokonywać według zupełnie umownych reguł – na przykład raz do roku i posługiwać się tą jednostką. To wszystko jest możliwe, tylko ktoś musi wziąć odpowiedzialność za taką decyzję wobec członków otwartych funduszy emerytalnych. Trzeba również pamiętać, że takie rozwiązanie absolutnie wyklucza funkcjonowanie minimalnej wymaganej stopy zwrotu, rachunku premiowego i kilku innych rozwiązań, które w naszej ustawie obowiązują. Nie chcę sugerować, że takie rozwiązania są niemożliwe, ale trzeba je bardzo staranie rozważyć. Padła tu podpowiedź, by fundusze private equity emitowały notowane na giełdzie papiery, co pozwoli w jakiś sposób obejść obowiązujące ograniczenia. To jest rozwiązanie możliwe już od 5 lat i jakoś nie widać, żeby ktoś chciał z niego skorzystać. Wobec tego musimy zapytać fundusze private equity, dlaczego do tej pory nikt tego nie zrobił.

Trzeba o tym rozmawiać, ponieważ wydaje mi się, iż diagnoza, którą Pan Minister Chalupec postawił, jest diagnozą trafną. Polskiej gospodarce rzeczywiście najbardziej brakuje kapitału zdolnego ponosić większe od giełdowego ryzyko, który będzie jednocześnie wspierany know how w dziedzinie zarządzania tymi przedsiębiorstwami. Bez tego nasza gospodarka będzie się rozwijała wolniej. I rozumiem doskonale chęć rozwiązania tego problemu narzędziami, które są łatwo dostępne, a takie właśnie wydają się być fundusze emerytalne. One mają problemy z ulokowaniem swoich środków, gospodarka potrzebuje kapitału, więc połączmy te dwie rzeczy. Zwracam tylko uwagę, że jest to zmiana koncepcji reformy emerytalnej. Może nie tak duża, jak mówił Pan Przewodniczący Monkiewicz, podkreślając, że my jesteśmy od przyszłych emerytur, a nie od gospodarki. Taki rozdział ról nie jest do końca trafny, bo nie da się zbudować szczęśliwej emerytury za 20-30 lat, jeśli przez te 20-30 lat będziemy ignorować potrzeby gospodarki. Nie da się 10 czy 12 milionów ludzi wyjąć z przeciekającej łódki i przesadzić do suchej i sprawnej łodzi. To się może udać 10 osobom ale nie 10 milionom.

Trzeba by postawić dwa pytania zasadnicze: czy władze państwa i władze administracyjne są gotowe do tak daleko idącej restrukturyzacji systemu emerytalnego, a także czy mają świadomość, że zmienią się warunki finansowe prowadzenia funduszy emerytalnych, bo jak mówiłem, to jest zupełnie inne zadanie. Jeśli jest wola i świadomość konsekwencji, rozmawiajmy dalej, również o instrumentach pośrednich, które nie funkcjonują.

 

Igor Chalupec:

Jestem przekonany, że Komisja Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych, Ministerstwo Gospodarki i Ministerstwo Finansów będą gotowe do podjęcia dyskusji na temat zmian w regulacjach, musi to być jednak poprzedzone jasnym sygnałem ze strony środowiska biznesowego, że chce tych zmian dokonać, ponieważ ma ono chęć i możliwość wypełnić przestrzeń, jaką te zmiany wytworzą. Trzeba pamiętać, że taka dyskusja ma swój ciężar nie tylko merytoryczny ale również polityczny.
Rozpoczynanie jej bez pewności, że fundusze będą zainteresowane wykorzystaniem wypracowanych zmian  politycznie nie ma sensu. Prawdę mówiąc, po swoich spotkaniach ze środowiskiem funduszy emerytalnych, nie jestem przekonany czy takie zainteresowanie jest.

Chcę również wyjaśnić, że nie jest moją intencją narzucenie funduszom emerytalnym roli przedsiębiorców zarządzających start up’ami. To jest pewne uproszczenie. Zwracałem tylko uwagę, że monitorowanie i zarządzanie portfelem o dużej dywersyfikacji i płynności, jest czymś innym, niż zarządzanie portfelem znacznie mniej zdywersyfikowanym. Wymaga to zupełnie innych umiejętności i mam wrażenie, że dzisiaj jeszcze Państwa instytucje nie są przygotowane do tej roli. Dlatego moje pierwsze pytanie, uwzględniwszy możliwości regulacyjne, było właśnie takie – czy fundusze chcą? Niewykorzystanie ich potencjału było by ze szkodą dla gospodarki, ale oświadczam, że hierarchia priorytetów przedstawiona przez Prezesa Monkiewicza jest dla mnie oczywista. Jest zupełnie jasne, jakie są podstawowe cele otwartych funduszy emerytalnych i jak ważna jest kwestia bezpieczeństwa emerytalnego. Mówiąc o pośrednim finansowaniu inwestycji, o inwestycjach infrastrukturalnych, czy absorpcji funduszy unijnych, zapewniam, że nie chodzi o dotowanie, albo przeznaczanie środków na przedsięwzięcia, które miałyby zagrozić temu podstawowemu celowi. Natomiast pytanie, od którego zacząłem spotkanie z Państwem nadal pozostaje otwarte i bez jasnej odpowiedzi.

 

Jarosław Sroka:

Szanowni Państwo, rozpoczynamy dyskusję panelową, która będzie moderowana przez Pana Prezesa Henryka Chmielaka.

 

Henryk Chmielak, Prezes Zarządu PTE Ergo Hestia S.A.:

Dotychczasowe wypowiedzi pokazały istotę problemów, przed którymi stoimy jako rynek funduszy emerytalnych. Pierwszym dylematem jest relacja między bezpieczeństwem, a rentownością. Można stać na stanowisku, które przeważało na początku funkcjonowania systemu, że fundamentem jest bezpieczeństwo, a rentowność swojego rodzaju pochodną. Dziś rentowność funduszy emerytalnych w znacznym stopniu zależy od wyniku gry ministra finansów z rynkami finansowymi i uzyskiwanej w tej grze rentowności rządowych papierów skarbowych. To jest 63 – 64 % rentowność funduszy emerytalnych. Pozostałe trzydzieści kilka procent wynika z sytuacji na giełdzie papierów wartościowych. Inne instrumenty nie mają istotnego wpływu. W związku z tym rodzą się wątpliwości dotyczące wyborów pomiędzy bezpieczeństwem, a rentownością, pasywnym albo aktywnym zachowaniem funduszy na rynkach finansowych. Drugi dylemat dotyczy uwarunkowań prawnych i pytania kto, a także kiedy, będzie w stanie podjąć się kolejnej zmiany ustawy. Mamy sytuację w której jesteśmy po nowelizacji ustawy, wchodzącej właśnie w życie, a równocześnie coraz bardziej narasta świadomość, że istnieje potrzeba dalszych zmian. Być może dobrą okazją będzie konieczność wprowadzenia regulacji dotyczących funduszy typu B, kiedy dodatkowo będzie można rozwiązać część problemów o których dziś mówimy. To są ograniczenia prawne, a nie ograniczenia wynikające z realnej płytkości rynku czy sytuacji gospodarczej. Kolejna nowelizacja może być okazją do poszerzenia listy instrumentów i weryfikacji limitów inwestycyjnych. Warto również jeszcze raz spojrzeć na metodę wyceny minimalnej stopy zwrotu. Z jednej strony naszym obowiązkiem jest myślenie i inwestowanie pieniędzy w horyzoncie czasowym 20-25 lat, a z drugiej strony do tej pory musieliśmy co kwartał brać udział w swoistym konkursie piękności, jakim jest liczenie minimalnej stopy zwrotu. Teraz konkurs będzie rzadziej, co pół roku, ale za to z nagrodami w postaci rachunku premiowego. Jak pogodzić perspektywę myślenia o wynikach za 10-15-20-25 lat, patrząc na strukturę wiekową członków funduszu, z konkursem piękności co pół roku i z walką o nagrody? Może w ogóle znieść minimalną stopę zwrotu i zastąpić ją jakimś innym benchmarkiem?  To jest pytanie do nas jako do środowiska. Czy będziemy w stanie wyjść z odpowiednią propozycją przy okazji regulacji dotyczących funduszy typu B i zmieniać ustawę, która dopiero co była nowelizowana? Myślę, że dotychczasowe wystąpienia potwierdzają taką potrzebę. Trzeba jednak ustalić kto i kiedy ma wystąpić z inicjatywą.

 

Piotr Szczepiórkowski, Prezes Zarządu Commercial Union PTE BPH CU WBK S.A.:

Dotychczasowa dyskusja skłania mnie do kilku refleksji. Przede wszystkim odnoszę wrażenie, że przy pomocy funduszy emerytalnych różne instytucje starają się zrealizować swoje wycinkowe cele, natomiast nasze środowisko powinno skupić się na długoterminowym interesie członków ofe, znajdując równowagę między bezpieczeństwem, a ryzykiem i dochodowością. Zarówno Prezes Jamka jak i Dyrektor Kałdus mówili, że mamy do czynienia ze zjawiskiem nadmiernej koncentracji ryzyk.
Jestem przekonany i potwierdzają to prognozy przyszłego udziału aktywów funduszy emerytalnych w PKB, że ich długoterminowa dochodowość wiązać się będzie ze wzrostem PKB, nieznacznie go przekraczając. Z tego powodu sugerowałbym myślenie w kategoriach poszukiwania sposobów zoptymalizowania wzrostu gospodarczego i zwiększenia efektywności naszych wyborów inwestycyjnych. Zastanawianie się nad zmianami przepisów pozwoli jedynie przejściowo uniknąć problemów, a do tego moim zdaniem zmierzają propozycje dotyczące limitów, czy innych mechanizmów wyceny. Zgadzam się, że największy wpływ na fundusze emerytalne ma regulacja i tu Prezes Chmielak na pewno ma rację. Uważam jednak, że w praktyce lepsza jest nieoptymalna ale jednak stabilna regulacja, niż regulacja co chwilę zmieniana.

Postulując uzasadnione i słuszne zmiany ustawowe, trzeba pamiętać, że spowodują one konieczność kolejnych zmian. Tymczasem kumulowanie kapitału dla potrzeb przyszłych wypłat emerytalnych jest procesem długoterminowym i musi się odbywać w warunkach w miarę stabilnych. A każda zmiana reguł, zmienia nastawienie towarzystw do zadań jakie mają realizować. Gdybyśmy w tej chwili mieli odpowiedzieć na pytanie Pana Ministra, czy – pomijając kwestie ograniczeń regulacyjnych – jesteśmy w stanie stosować takie technologie inwestycyjne jak venture capital, to oczywiście można do tego zatrudnić specjalistów, tylko problem, czy akurat to jest naszym celem? Kontynuując wątek regulacji, to jako zarządzający funduszami patrzymy na nie w pewnej określonej hierarchii. Po pierwsze zwracamy uwagę na ryzyka dla funkcjonowania funduszu i towarzystwa. Po wtóre na wycenę, po trzecie na konsekwencje związane z wynagrodzeniem. Jeżeli robiąc rachunek sumienia, zarządzający zastanawialiby się na kryteriami decyzji, najbardziej wpływających na ich zachowania inwestycyjne, to przede wszystkim jest to wycena, po drugie różnica wobec portfeli inwestycyjnych innych funduszy i dopiero jako trzecie, rzeczywiste ryzyko. Bo działamy w warunkach nieefektywnego rynku i ten fakt również musimy uwzględnić w kategoriach ryzyka. Kiedy Dyrektor Kałdus mówił ile czasu potrzeba na wyjście z określonej inwestycji, to właśnie pokazał to zjawisko. Wniosek jest taki, moim zdaniem, że nasz wysiłek powinien koncentrować się na wspieraniu gospodarki kapitałem poprzez stronę dłużną, a nie przez stronę właścicielską. Do roli właścicielskiej prawdopodobnie nie jesteśmy dobrze przygotowani, natomiast można dużo więcej osiągnąć, tworząc i regulując infrastrukturę zasilania długiem. Taka właśnie tezę chciałem dziś postawić.

Jeśli zaś chodzi o zmiany ustawowe, to uważam, że powinno się do nich zmierzać w podobny sposób, jak prowadzona jest dyskusja nad Warsaw City Agenda 2010. Najpierw powinny powstać tezy, określające cel jaki regulacje mają osiągnąć. Na ich podstawie można by opracować listę zagrożeń i ewentualnych konsekwencji zmian prawnych. Tą drogą można by uzyskać znacznie lepszą jakość efektów pracy legislacyjnej. Procedury, których byłem świadkiem przy ostatniej nowelizacji dalece odbiegały od przyzwoitych standardów. Np.  zapis, że fundusze emerytalne mogą się zadłużać na 2,5 % kapitału, został zamieniony na 1,5 %, metodą krakowskiego targu. Ktoś powiedział 1 %, ktoś 2,5 – no to niech będzie 1,5 i tak już zostało. Konsekwencja jest taka, że ta forma uaktywnienia funduszy emerytalnych na rynku kapitałowym została w sposób przypadkowy zmarginalizowana.

 

Henryk Chmielak:

Dziękuję bardzo, ja tylko jedno słowo komentarza. Moje pytanie: bezpieczeństwo czy rentowność, zmierzało do tego, żebyśmy najpierw ustalili sprawy fundamentalne, właśnie jako rodzaj tez do ewentualnych dalszych prac nad ustawą. Bo jeżeli ustalimy, że podstawowy priorytet to bezpieczeństwo, inaczej będziemy podchodzili do dalszych problemów. Jeżeli natomiast priorytetem będzie rentowność, nawet pewnym kosztem bezpieczeństwa, to podejście do tych problemów będzie inne. Więc jeżeli Prezes Szczepiórkowski postulował wypracowanie pewnych tez, to moje pytanie temu właśnie miało służyć. Proszę bardzo, zgłasza się Pan Prezes Wiesław Rozłucki.

 

Wiesław Rozłucki: 

Jedną z moich uwag krytycznych co do Agendy Warsaw City jest zastrzeżenie, że pozycja funduszy emerytalnych została nieco mniej wyeksponowana, niż w zarysie rynku kapitałowego opracowanym 2 lata temu. W tym poprzednim dokumencie mówiło się, o ile pamiętam, o trzech zasadniczych problemach rynku i jednym z nich było dostarczenie podaży dla funduszy emerytalnych. W Agendzie też się mówi, że do prawidłowego rozwoju funduszy potrzebna jest podaż. Jednak moim zdaniem bardziej powinno się podkreślić, że obecnie podaż dużych przedsiębiorstw w większości może pochodzić albo z prywatyzacji, albo z zagranicy. Tymczasem, i o tym zawsze mówi Przewodniczący Socha, ostatnią dużą prywatyzacją był PKN Orlen w 1999 roku. I to woła o pomstę od nieba.

W przeszłości spierałem się z kolejnymi ministrami przekształceń, a potem skarbu, na temat wyższości prywatyzacji przez rynek publiczny, nad prywatyzacją z udziałem inwestora strategicznego. Wtedy jeszcze nie pojawił się argument, który dziś może być szczególnie skuteczny. Mówi on, że prywatyzacja prowadzona poprzez inwestora strategicznego, siłą rzeczy, prędzej czy później wymusza transfer środków funduszy emerytalnych za granicę. Ten argument powinien wzmocnić przesłanki prywatyzacji poprzez rynek publiczny. Są też inne argumenty, ale nie będę o nich wspominał. I teraz problem, który zwykle jest podnoszony: co jest korzystne dla polskiego rynku kapitałowego, czy w ogóle polskiej gospodarki. Można powiedzieć, że najlepsza jest sytuacja, w której inwestycje funduszy emerytalnych są kierowane do spółek krajowych. Gdyby na rynku była wystarczająca podaż tych spółek czy też krajowych instrumentów dłużnych, to jest to z całą pewnością optymalny model. Mamy oszczędności, które są inwestowane w krajowe spółki, napędzając koniunkturę. W praktyce okazało się, że podaż z prywatyzacji i innych źródeł jest niewystarczająca. I to jest problem, który mamy wszyscy do rozwiązania. W tej sytuacji giełda stara się przyciągnąć spółki zagraniczne, żeby były notowane tu, w Warszawie. To generuje wartość dodaną na naszym rynku. Uaktywnia się warszawskie City i jest to czynnik stymulujący rozwój krajowego centrum finansowego. Gdyby nasze City, co ostatnio zaproponowałem,  zajęło się analizami spółek średniej wielkości w Europie, to kto wie, czy w oparciu o te analizy nie moglibyśmy się stać rynkiem o pewnej specjalizacji. To mogło by kierować do nas inne inwestycje, zatrudnienie etc. Chcę powiedzieć, że spółki notowane u nas na zasadzie duallistingu, to rozwiązanie gorsze niż pierwszy, idealny scenariusz, ale lepsze niż inwestowanie w nie na obcych rynkach. Lepsze z punktu widzenia interesów całego naszego rynku finansowego.

I jeszcze jedna sprawa, którą chciałem poruszyć. Od lat się mówi, Agenda też o tym wspomina, że nasz rynek kapitałowy jest taki słaby, ponieważ za wysokie są kryteria dopuszczeniowe, zarówno komisji jak i samej giełdy. Gdybyśmy je trochę rozluźnili, sytuacja by się poprawiła i rynek wzmocnił. Moim zdaniem jest to ten rodzaj tezy, którą trudno sfalsyfikować, za to można ją co roku kreować jako zbawienną dla polskiego rynku kapitałowego. A co by się stało, gdyby taki sposób uzdrowienia rynku nie zadziałał? Chętnie usłyszę państwa opinie na ten temat. Czy rzeczywiście kryteria dopuszczania spółek na giełdę są zbyt wysokie i zbyt restryktywne? Inną kwestią jest uruchomienie odrębnego rynku o nieco łagodniejszych zasadach dopuszczeniowych.

 

Jacek Socha, Przewodniczący Komisji Papierów Wartościowych i Giełd

Problem podaży, związany z pojawieniem się funduszy emerytalnych na rynku papierów wartościowych, przedstawiliśmy podczas Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów w 2000 roku, czyli krótko po rozpoczęciu ich działalności. I proszę zwrócić uwagę, że 4 lata później dyskutujemy o tym samym. Można więc powiedzieć, że wadą systemową reformy emerytalnej jest to, że gwarantuje duży strumień środków na wiele, wiele lat, natomiast brakuje dostatecznej podaży i deformacja portfeli funduszy emerytalnych zaczyna przybierać drastyczne formy. Odpowiedzialni profesjonaliści, którzy swoje kariery związali z zarządzaniem, podczas poważnych sympozjów mówią, że są w stanie wygenerować w Polsce bąbel spekulacyjny – już samo to świadczy, że dramaturgia tego scenariusza jest coraz wyższa.

Jesteśmy proszę państwa giełdą, która ma relatywnie dużą liczbę notowanych spółek – na koniec 2002 r. były ich 202. Jednak pod względem wielkości średniej spółki jesteśmy na szarym końcu. W Europie nie ma rynku, oprócz Islandii, na którym ta wartość byłaby niższa. W Warszawie na koniec 2002 roku wynosiła 134 mln euro, w Pradze już 218, w Budapeszcie 253 mln euro, w Wiedniu 250, a w Kopenhadze 370. O Helsinkach nie mówię, bo wiadomo, tam jest duża spółka ale nawet na irlandzkiej giełdzie było to 750 mln euro. Zastopowanie prywatyzacji spowodowało, że w tej chwili otwarte fundusze emerytalne popadają w coraz większy problem strukturalny. Problem podaży w dalszym ciągu nie jest rozwiązany, jeśli nie liczyć werbalnych deklaracji kolejnych ministrów skarbu państwa, że oto nadchodzi okres wzmożonej prywatyzacji, której w rzeczywistości nie ma.

I teraz, żeby wrzucić kamyk do ogródka otwartych funduszy emerytalnych, trzeba postawić pytanie, jaka powinna być ich rola. Przypominam sobie dyskusję, którą prowadziliśmy w podobnym gronie, na Giełdzie Papierów Wartościowych podczas sympozjum w listopadzie 2002 r. Powiedziałem wtedy, że na miejscu ofe zrobiłbym dwie rzeczy. Po pierwsze, usiadłbym spokojnie w saloniku w poczekalni do ministra skarbu i pytał, co dziś możemy u pana kupić. Po drugie, Państwo funkcjonujecie w grupach kapitałowych dobrze usytuowanych w Polsce. Całkowicie zgadzam się, że fundusze emerytalne nie są po to i nie mają odpowiedniej struktury zatrudnienia oraz kwalifikacji, aby od początku przygotowywać sobie inwestycje, które skończą się notowaniem na giełdzie papierów wartościowych. To byłby absurd. Ale mam pytanie, czy rzeczywiście zrobiliście wszystko, co można było? W grupach kapitałowych do których należycie, mogą przecież powstać działające na waszą rzecz domy maklerskie, czy też specjalistyczne fundusze zamknięte. Tu szczególnej aktywności nie widzę. Natomiast jeśli chodzi o pozycję funduszy emerytalnych w dyskusji nad kreowaniem strategii rynku kapitałowego, to moim zdaniem najwyższy czas, zacząć dyskusję z pozycji siły. Przestańcie generować postulaty i pokazywać co musi być załatwione, bo to w końcu zawsze prowadzi do
5-procentowego limitu inwestycji zagranicznych. I rodzi się pytanie, czy przypadkiem nie o to właśnie chodzi. Bo jeżeli fundusze emerytalne interesuje jedynie podniesienie tego limitu z 5 do 20 %, to  trzeba od razu mówić. Inaczej będzie dyskusja wyglądała. Wiadomo będzie, że to nie sprawa zwiększenia podaży, wykreowania instrumentów, które będą związane z różnymi podmiotami, start up’ów, czy jak to się inaczej nazywa. Chodzi tylko o podniesienie limitu inwestycji zagranicznych.

Napotkacie Państwo niewątpliwie bardzo silną obronę 5% przez polityków. Wszyscy będą szermowali argumentem, że Polska przegrywa kolejne inwestycje zagraniczne, że jest nieatrakcyjna do inwestycji bezpośrednich, a jednocześnie nie ma stworzonych mechanizmów do inwestycji portfelowych i grozi nam rola eksportera kapitału netto, w tym również kapitału gromadzonego przez drobnych,  niedoświadczonych inwestorów na emeryturę.

Pan Prezes Chmielak powiedział, że mimo nowelizacji ustawy, nie zostały rozstrzygnięte problemy, które zadecydują, jak będzie wyglądało systemowe funkcjonowanie reformy emerytalnej przez lata. Na rynku papierów wartościowych nowelizacje są częste. Czeka nas to w tym roku i w przyszłym, ale w sprawach systemowych nikt nie odbija się od ściany do ściany. Cały czas coś poprawiamy, szukamy rozwiązań, a jeżeli jesteśmy krytykowani, staramy się twórczo wykorzystać zarzuty w regulacjach. Mam na myśli zarzuty trudnego dostępu do rynku publicznego i wymogów informacyjnych. Już dziś są one nieprawdziwe.

 Sporo mówiono tu o inwestorach kwalifikowanych, jako metodzie rozwiązania problemu braku podaży. Ostatnio była taka propozycja przygotowana przez Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych, która przez nas, przez Komisję została odrzucona. Odrzuciliśmy ją dlatego, że jest niezgodna z Dyrektywą Unii Europejskiej, a poza tym kreowałaby rynek, który w tej propozycji nie został praktycznie dookreślony. Ja nie mam nic przeciwko temu, żeby rozwijać twórczo paradoks rynku kapitałowego, polegający na tym, że niedoświadczony inwestor indywidualny ma obowiązek przeczytać prospekt emisyjny składający się z 300 – 400 stron, właśnie dlatego, że jest indywidualny, a więc trzeba go chronić, natomiast fundusz emerytalny jako inwestor kwalifikowany nie musi czytać praktycznie nic. I tak będzie wiedział co kupić, bez czytania. Propozycja SEG-u poszła właśnie w tę stronę. Inwestorzy kwalifikowani, tacy jak fundusze emerytalne mogliby kupować papiery wartościowe na rynku bez żadnych dokumentów ofertowych, a następnie z mocy ustawy, co z punktu widzenia legislacyjnego jest błędem, po złożeniu pisma do Komisji, wprowadzać je do obrotu publicznego, bez żadnego obowiązku informacyjnego, bez żadnego dokumentu, który pojawia się przy notowaniach na giełdzie. Tu na sali jest kilku prezesów PTE i chciałbym zapytać, który z nich w takich warunkach, bez możliwości oceny ryzyka, kupiłby akcje spółki. Są pewne granice uproszczeń – zgadzam się, że nie zawsze konieczne jest czytanie sążnistych dokumentów ofertowych, ale całkowicie z nich zrezygnować też nie można. Kreuje się wtedy rzeczywistóść w której papier wartościowy jest  niewycenialny, ze względu na brak towaru, jakim jest informacja. Tak naprawdę inwestorzy kwalifikowani już istnieją, cały ten segment rynku może spokojnie funkcjonować w oparciu o skrócone, niewielkie prospekty emisyjne. Natomiast tworzenie iluzji, że można to jeszcze bardziej uprościć jest moim zdaniem niepotrzebne, nie popieram unijnych koncepcji, żeby inwestycje na rynku pierwotnym mogły być w przypadku inwestorów kwalifikowanych dokonywane bez prospektów, albo bez prospektu wtedy, kiedy emisja będzie wynosiła do 2,5 mln euro. Moim zdaniem to są rozwiązania, które na rynku pierwotnym idą zbyt daleko na skróty,

 

Henryk Chmielak:

Jako komentarz chciałbym powiedzieć, że moim zdaniem nie ma aż takiego ryzyka wykreowania bąbla spekulacyjnego, jak w latach 93-94. Jednak problem polega na tym, że mamy do czynienia
z kilkoma strumieniami popytu. Są inwestorzy zagraniczni, są fundusze inwestycyjne, są otwarte fundusze emerytalne, są inwestorzy krótkoterminowi i tak dalej. Te kilka strumieni popytu przy ograniczonej podaży może doprowadzić do powstania bąbla nie w wyniku świadomych decyzji zarządzających, tylko w wyniku ich kumulacji. Na tym polega ryzyko.

 

Barbara Nowakowska, Dyrektor Wykonawczy Polskiego Stowarzyszenia Inwestorów Kapitałowych:

Reprezentuję Polskie Stowarzyszenie Inwestorów Kapitałowych, które z kolei gromadzi fundusze private equity. Problem inwestycji funduszy emerytalnych w private equity jest bardzo istotny zarówno dla tego rynku, jak również dla rynku małych i średnich przedsiębiorstw. Krajowe kapitały są absolutnie podstawowym strumieniem finansowania private equity w całej Europie i również u nas bez nich nie będą się rozwijać. Wydaje mi się, że również w interesie funduszy emerytalnych jest inwestowanie w private equity, ponieważ jest to rodzaj inwestycji, który generuje istotnie wyższe zwroty niż zwroty z indeksów. Problem w tym, że ofe regulacyjnie nie mogą inwestować w tę klasę aktywów, do której należą obecnie działające fundusze private equity. Jest paradoksem, że fundusze emerytalne inwestują w polską gospodarkę poprzez wehikuły zagraniczne, a jednocześnie nie mogą przyciągać kapitałów polskich, które by wraz z nimi inwestowały w tę samą gospodarkę, ze względu na to, że wehikuł inwestycyjny jest posadowiony gdzie indziej. Przy czym, ten wehikuł inwestycyjny jest podatkowo przezroczysty i neutralny pod względem podatkowym, więc przeszkoda prawna była moim zdaniem absolutnie sztuczna.

W nowej ustawie uwzględniono fundusz inwestycyjny zamknięty –  będzie to fundusz inwestycyjny zamknięty aktywów niepublicznych.

 

Wiesław Rozłucki:

Czy Pani zdaniem będzie się nadawał do zastosowania?

 

Barbara Nowakowska:

To jest rozwiązanie dalekie od optymalnego, natomiast jedyne dla funduszy emerytalnych, będzie więc pierwszą, niewielką furtką, która pozwoli wykorzystać ten instrument. Natomiast powstaje pytanie, co musi nastąpić w samych funduszach emerytalnych, żeby były zainteresowane inwestycją w tę klasę aktywów, zakładając oczywiście, że private equity będą zarządzane przez profesjonalistów. Na podstawie wcześniejszych opinii panów sądzę, że kluczową kwestią jest sprawa wyceny aktywów. Niestety, aktywa private equity są wyceniane wedle standardowej zasady konserwatywnie po koszcie i dlatego będą miały negatywny wpływ na portfel, wyceniany w systemie dziennym. Dopóki nie zmieni się tu regulacji, dopóty trudno będzie przekonać fundusze emerytalne, żeby jakieś istotne wartości, a to oznacza 1 – 2 % portfela lokowały w private equity.

 

Artur Cąkała, Polskie Stowarzyszenie Inwestorów Kapitałowych:

Nie chciałbym, żeby dyskusja na temat private equity zdominowała to spotkanie, natomiast minister Chalupec zadał też pytanie, co zrobić, żeby fundusze emerytalne bezpośrednio inwestowały w rozwój gospodarki. Sądzę, że tworzenie zespołów wewnątrz PTE, które zajmowałyby się inwestycjami w spółki niepubliczne nie ma sensu. To sprawa bardzo kosztowna, czasochłonna i wymagająca bardzo dużej wiedzy. Takich specjalistów nie ma w Polsce dużo i są bardzo drodzy. Trzeba także sobie uzmysłowić, że towarzystwa emerytalne konkurują tutaj z rynkiem światowym. Są jednak fundusze, które wychodzą z powodzeniem na rynek międzynarodowy i stamtąd pozyskują kapitał i na pewno pojawi się kilka produktów, które umożliwią pośrednio inwestowanie w spółki niepubliczne, natomiast pragnę zwrócić uwagę, że stworzenie takiego produktu nie jest łatwe i wymaga dużo czasu. Również wielu rozmów, w tym także po stronie popytowej, czyli po Państwa stronie.

 

Paweł Wojciechowski:

Chciałbym wrócić do wątków poprzednich. Pan Prezes Rozłucki mówiąc o rozwoju rynku kapitałowego,  zarysował pewną hierarchię i powiedział, że najlepiej żeby najpierw była podaż spółek polskich, potem spółek z dualistingu, wchodzących na polską giełdę, a na końcu spółki zagraniczne. Zarówno z punktu widzenia rozwoju rynku, o jakim mówi Agenda Warsaw City 2010, naszej misji w której zawiera się także ochrona interesów członków funduszy emerytalnych, jak i interesów gospodarczych, podstawowym priorytetem powinny być polskie spółki. Na drugim miejscu postawiłbym mimo wszystko inwestycje zagraniczne bezpośrednie, a nie poprzez polską giełdę, ponieważ to zapewnia szerszą dywersyfikację, kursową, sektorową i wszelką inną. Nieporównywalna  głębokość tego rynku jest dużo lepsze z punktu widzenia interesów samych członków funduszy, natomiast dla naszego wąskiego sektora finansowego rzeczywiście mogłoby to tworzyć pewne problemy.

Wszyscy się zgadzamy co do potrzeby zwiększenia podaży, ale odwrócenie ról, polegające na ustawienie nas w kolejce do ministerstwa skarbu, jakie zaproponował Pan Przewodniczący, wydaje mi się nieporozumieniem. Sądzę, że w ogóle nie powinno być miejsca na tego typu mechanizmy generowania projektów. Zresztą, mamy tyle pracy związanej z popytem, że trudno, żebyśmy stymulowali podaż.

 

Wiesław Rozłucki:

Odrzuca Pan nawet przyłączenie się do lobbingu? Np. wysyłamy pismo do Ministra Skarbu, że rynek oczekuje większej podaży. I proszę Panów o podpisanie tego listu. I co, Panowie mówicie, że jesteście nie od tego?

 

Henryk Chmielak:

Ja nie widzę problemu w podpisaniu takiego listu.

 

Paweł Wojciechowski:

Proszę panów, były już konkretne pytania od ministra infrastruktury, czy kupilibyście PKP. Uważam, że w takim trybie do konkretów nie możemy się ustosunkować. Natomiast jeśli chodzi o generalia, to tutaj się zgadzamy.

 

Henryk Chmielak:

Myślę, że jesteśmy zgodni, co do jednego – gotowi jesteśmy wykorzystać wszystkie dostępne formy lobbingu po to, żeby uzmysłowić decydentom wagę problemu podaży na rynku kapitałowym. Nie tylko z punktu widzenia samych ofe. Można to uzmysławiać na różne sposoby, korzystając z siły prasy, korzystając z bezpośrednich kontaktów z decydentami. Jest dziesiątki sposobów uświadomienia im powagi sytuacji rynku finansowego w Polsce.

 

Adam Kałdus:

Często dziś wraca problem wyceny, który rzeczywiście jest kluczowy i który moim zdaniem nie zostanie rozwiązany, dopóki będzie obowiązywać taka definicja rachunku premiowego, jaka została przyjęta. KNUiFE uważa, że dla członka ofe w perspektywie 30 lat uczestnictwa w systemie, nie jest specjalnie istotne, czy wycena została dokonana wczoraj, dziś czy przed miesiącem. Również dla nas, dla nadzoru, podział rachunku premiowego pomiędzy towarzystwa emerytalne jest w sumie drugorzędny, statystycznie nieistotny. Natomiast dla PTE jest to kluczowe zagadnienie, bo wynikają
z niego pieniądze za zarządzanie funduszem.

Wydaje mi się, że problem trzeba nadal podnosić przy najbliższej nowelizacji, jako pierwszorzędny. W przeciwnym wypadku nie będzie możliwości zaangażowania funduszy w instrumenty niepłynne, czy też nie wyceniane rynkowo, bo nawet notowane to zbyt mało. Możemy wskazać papiery Europejskiego Banku Inwestycyjnego, które są notowane od 2 lat i jeszcze nie było ani jednej sztuki w obrocie. Wycena jest więc problemem dotkliwym dla samych towarzystw emerytalnych. Nadzór jest bardziej liberalny, ponieważ naszym zdanie odchylenia w pewnym rozsądnym przedziale nie zagrażają specjalnie interesom członków funduszy. Nie ma przecież takiej możliwości, by wiecznie zawyżać wycenę – ona w końcu zawsze wróci do realnej wartości.

Po drugie, my jako organ nadzoru na pewno będziemy sprzyjali wszelkiego rodzaju inicjatywom, które miałyby pomóc w dywersyfikacji portfela. Jak już mówiłem tej dywersyfikacji nie da się przeprowadzić bez wprowadzania do portfeli ryzyk zagranicznych. W przeciwnym wypadku cały portfel będzie makroekonomicznie uzależniony od sytuacji gospodarczej w naszym kraju. Od deficytu budżetowego, stagnacji, kursu złotego itd. I tu jest kilka możliwości – nie musi to być koniecznie inwestycja zagraniczna, w sensie literalnym przerzucenia pieniądze za granicę i kupowania tam spółki. Powtórzę jeszcze raz, że prawa pochodne dają inne rozwiązania. Zakładając oczywiście, że wcześniej uporamy się z problemem wyceny, bo prawa pochodne trudno wycenić z dokładnością co do grosza w horyzoncie dziennym. Natomiast nie ma potrzeby przepływu finansowego. Można po prostu pójść do polskiego banku i zawrzeć z nim transakcje, z której płatności są uzależnione od indeksu zagranicznego. Nawet nie ma konieczności płacenia bankowi czegokolwiek na początku, bo  transakcja jest w istocie bezgotówkowa. To jest tylko zobowiązanie do tego, że w przyszłości zostaną dokonane pewne płatności między stronami. W zależności od tego, jaki będzie poziom kursu walutowego, kursu indeksu, czy też kursu spółki. Środki, które są w taką transakcję zaangażowane i które są wykazywane przez instrumenty pochodne, cały czas mogą być spokojnie inwestowane, na przykład w dług krajowy. Bo kupno np. transakcji terminowej, nie generuje żadnego przepływu finansowego. Można być zaangażowanym na 30 %, mając te pieniądze przez cały czas na rachunku i trzymając je w długu.

Powtórzę to, co już mówił Pan Prezes Monkiewicz: misją otwartych funduszy emerytalnych jest generowanie możliwie efektywnych portfeli inwestycyjnych, służących długoterminowym interesom członków funduszy. Cieszylibyśmy się z rozwoju tego czy innego krajowego subrynku ale z punktu widzenia tak zdefiniowanej misji, jest to sprawa wtórna. Teoretycznie fundusze emerytalne mogą sobie poradzić, niezależnie od tego czy polski rynek będzie się rozwijał czy nie. To jest kwestia odpowiednio wysokiego limitu inwestycji zagranicznych. Natomiast w interesie giełdy i ministerstwa gospodarki jest to, żeby wykorzystać wszystkie możliwości w kraju, a zmiana limitu nie była jedynym wyjściem. Na marginesie uważam, że limit powinien być zwiększony. Może nie w najbliższej przyszłości, może za kilka lat. Na razie nie ma sytuacji dramatycznej i wystarczy 15 – 20 %, ponieważ chodzi głównie o część akcyjną. Kończąc zaapeluję, żeby przy kolejnej nowelizacji, która miałaby wprowadzać fundusze typu B, środowisko postarało się przedstawić całościowy, spójny projekt ustawy i konsekwentnie go promowało. Ważny jest całościowy charakter takiego projektu, bo jak Państwo doskonale wiecie, są w systemie elementy, których nie można rozpatrywać w oderwaniu. Ze swej strony deklarujemy pomoc i współpracę, zarówno w czasie prac nad projektem ustawy, jak i później przy rozporządzeniach.

 

Jarosław Skorulski, Członek Zarządu Pocztylion-Arka PTE S.A.:

Przestrzegałbym przed koncentrowaniem się jedynie na sprawie zmiany limitów. Jeśli nawet rozszerzymy możliwości inwestycji zagranicznych, ale nie rozwiążemy problemu wysokich kosztów takich operacji, to przecież nikt nie zainwestuje za granicą, bo się zarządzającemu nie będzie opłacało. I wciąż aktualny będzie argument, że po co zwiększać limit, skoro nawet te 5% nie jest wykorzystane. Podobnie jest z funduszami zamkniętymi. Nawet gdybyśmy dzisiaj pozwolili na inwestowanie 10% w fundusze zamknięte, a nie zmieni się rachunek premiowy, czy zasady wyceny, to kogo to zainteresuje? Przecież fundusze zachowują się racjonalnie. Przy wynagradzaniu z rachunku premiowego nikt nie zdecyduje się na to, żeby obniżyć sobie rentowność na najbliższe 2 lata, spaść w rankingach, nie dostać rachunku premiowego, czy dostać go mniej. Również zarządzający, fizyczna osoba, też nie zainwestuje w tego typu instrument, bo wie, że mu to zepsuje rentowność, w związku z czym zarząd go oceni źle i po prostu będzie musiał sobie szukać innej pracy. To są uwarunkowania, które też trzeba uwzględnić. Dzisiaj jedyną przesłanką inwestowania w fundusze zamknięte, jest pewna filozofia inwestycyjna, która mówi, ze powinniśmy dywersyfikować ryzyka i że w długim terminie te zdywersyfikowane inwestycje przyniosą lepsze efekty. Natomiast demotywacja do takich zachowań jest silna i wymierna.

 

Henryk Chmielak:

Dziękuję uprzejmie, proszę następny głos.

 

Tomasz Orlik, Izba Domów Maklerskich:

Reprezentuję na tym spotkaniu Izbę Domów Maklerskich. Ale pracuję również w Pioneer Pekao Investment Management. Jako Izbę Domów Maklerskich interesuje mnie Państwa ocena współpracy z domami maklerskimi przy pozyskiwaniu nowych inwestycji i uwagi do środowiska maklerskiego. Natomiast o inwestycjach zagranicznych chciałem powiedzieć coś innego. Porównywano tu fundusze inwestycyjne i fundusze emerytalne. W ostatnim czasie szybko rozwijały się zarówno jedne jak i drugie. Fundusze inwestycyjne w ubiegłym roku wzrosły o 50% – do 32 mld złotych, przy czym zagraniczne fundusze inwestycyjne wzrosły w tym okresie siedmiokrotnie. Aktywa zagraniczne w masie tych 30 miliardów złoty stanowią10 %. To są inwestycje klientów – to oni wybrali ten rodzaj funduszu i myślę, że jest to  również wskazówka dla funduszy emerytalnych. Ta sytuacja pokazuje, że zainteresowanie takimi inwestycjami jest. Powinna być wieksza dywersyfikacja, zmniejszająca ryzyka dla klientów, o czym dużo już mówiliśmy. Również skarb państwa powinien odczuwać wiekszą konkurencję – choćby przez to, że oprócz polskich papierów skarbowych i tych brakujących prywatyzacji, jest jeszcze możliwość zaangażowania środków, które tutaj nie mogły być właściwie zagospodarowane w inwestycje zagraniczne.

 

Henryk Chmielak:

Sądzę, że zarówno wystąpienia, jak i dyskusja wskazują na pewien kierunek dalszego myślenia i prac. Ponieważ przy okazji wprowadzania funduszy typu B, konieczne będą zmiany ustawowe, czas jaki nam pozostał, powinniśmy wykorzystać do osiągnięcia kilku celów. Po pierwsze, wspólnego, nie tylko funduszy emerytalnych, lobbingu na rzecz pobudzenia podaży. Uświadamiania zagrożeń, jakie są związane z brakiem podaży. To po pierwsze. Po drugie, wypracowania spójnych całościowych propozycji, które przy okazji zmiany ustawy, rozwiązywałyby dyskutowane dziś problemy. Na przykład, jeśli mówimy o limitach, to mówmy także o pozostałych rozwiązaniach, które decydują o wykorzystywaniu tych limitów. Bo można je podnieść i do 20 %, a w moim przekonaniu to niczego nie zmieni, dopóki koszty inwestycji zagranicznych będzie ponosiło PTE, bo kiepski interes dla zarządzających. Chodzi o to, żebyśmy mieli całościowe propozycje, realnie zmieniające warunki podejmowania decyzji inwestycyjnych w funduszach emerytalnych. Bo te decyzje są podejmowane racjonalnie, z uwzględnieniem obowiązujących reguł gry – stopy zwrotu, rachunku premiowego, pozycji w rankingach, etc., etc. Racjonalne zachowania wszystkich zarządzających na tym rynku polegają na tym, że starają się osiągnąć w ramach istniejących uwarunkowań możliwie najlepszy wynik. I myślę, że podsumowanie może być takie: z jednej strony jako Izba, jako środowisko, prowadźmy wszystkimi metodami działania na rzecz uświadamiania problemów podaży, a z drugiej przygotowujmy propozycje kompleksowych rozwiązań.  Deklaracja współdziałania ze strony i Pana Prezesa Rozłuckiego i Pana Przewodniczącego Sochy, a także ze strony innych środowisk, które są tu obecne, jest dobrym prognostykiem na przyszłość.

 

Ewa Lewicka:

Proszę państwa, podczas tej dyskusji była deklarowana dobra wola wielu instytucji i środowisk, mówiących o pracy nad rozwiązaniem problemu podaży na rynku krajowym i stworzenia nowych możliwości inwestycyjnych funduszom emerytalnym. Jest tylko problem wyboru, jaki mamy przyjąć dalszy kierunek. Środowisko funduszy emerytalnych musi teraz ten problem przeanalizować, to jest oczywiście zadanie Izby i my się tego podejmiemy, powstaje tylko jedna wątpliwość: czy w horyzoncie czasu, jaki nam zakreśla nowelizacja regulująca problem funduszy typu B, jesteśmy w stanie to zadanie wypełnić w sposób rzetelny i kompleksowy. Żeby od 1 stycznia mogły działać fundusze typu B, w połowie tego roku musi powstać projekt ustawy. Przypominam o tym, nie żeby zniechęćić, ale wręcz odwrotnie, zmobilizować do pracy.

Chcielibyśmy Redakcji podziękować za gościnę, wszystkim uczestnikom za udział w dyskusji, z której już zrodziło się kilka interesujących pomysłów i jak powiedziałam, pora teraz na pracę nad nimi. Oby nam się udało.

 

Henryk Chmielak:

Pani prezes, po pierwsze, musimy uwierzyć, że to jest możliwe. Ja się również chciałem przyłączyć do podziękowań dla gospodarzy, bo wszystko, co tu powiedzieliśmy jest bardzo cenne, ale tylko dzięki mediom może dotrzeć do świadomości tych, którzy tę rzeczywistość kształtują – polityków, decydentów.

 

Jarosław Sroka:

Szanowni Państwo, ja również bardzo dziękuję. Trzymamy za Państwa kciuki, mamy nadzieję, że to spotkanie przyczyniło się do tego, żeby otwarte fundusze emerytalne były bliżej siebie, realizując założone i zadane im cele. Jesteśmy zawsze do Państwa dyspozycji, jeżeli Państwo uznają, że ponowne takie spotkanie jest potrzebne, zapraszamy.